
Przepowiednia
Chłód nocy letniej obudził go z zachwycenia. Wybiła północ, zakonnik zmówił ostatnie modlitwy, by się udać na gorzki spoczynek, gdy nagle w malenkiej, samotnej celi dziwne zajaśniało światło i jakaś postać wspaniała stanęła w jej środku.
„Otóż jestem, Ojcze Korzeniecki, jestem ten, przyczyny którego wzywałes.
Otwórz okno na nowo, i popatrz, a oczy twoje zobaczą sprawy, jakich dotąd nie widziały”.
Choć przerażony, ale posłuszny Dominikanin spełnił wolę Błogosławionego Andrzeja. Ale jakież było jego zdziwienie. Znikł ogródek klasztorny, zniknął mur go otaczający, a miejsce ich zaległa równina niezmierzona okiem.
„Płaszczyzna, która się przed tobą roztacza, mówił dalej niebieski posłaniec, otóż ziemia Pińska, ta sama, na której Bóg mi pozwolił krew przelać za miłość Chrystusa. Lecz patrz dalej,
a poznasz to, coś widzieć tak pragnął.”
Ksiądz Korzeniecki wyjrzał po raz drugi i w tej samej chwili cała równina napełniła się tłumami Moskali. Turków, Francuzów, Anglików, Austriaków, Prusaków i innych narodów z wojskami, których już zakonnik rozpoznać nie mógł, a wojska te w strasznym zamieszaniu walczyły ze sobą, jakby na zabój, na ostateczną zagładę.
„Kiedyś po wojnie, obraz której widziałeś, pokój znowu nastanie, a część mnie oddawana wszędzie rozpowszechnioną będzie, wtedy i nasza Ojczyzna powstanie, a ja będę uznany za pierwszego jej patrona.”
Ksiądz Korzeniecki, zaledwie wierząc oczom, które to widziały: zaledwie uszom wierząc, co słyszały te słowa; zaledwie przychodząc do zmysłów od niebiańskiej radości, jaką go to wszystko przejmowało, prosił świętego o znak jakiejś ziemskiej pewności, że to nie sen, że to nie złudzenie.
..Ja ci to mówię, odparł Błogosławiony, ja Andrzej, o prawdzie cię tego zapewniam. Widzenie twoje jest rzeczywiste i nie zawodne, a wszystko to się spełni co do joty. Więc już bez troski udaj się na spoczynek. Żeby ci wszelako i znak upragniony zostawić, żeś istotnie i widział to wszystko i słyszał, więc zostawiam ci oto
ślad dłoni mojej na tym stole.”
To mówiąc, położył rękę na stole Dominikanina i zniknął. Ochłonąwszy z wrażenia, jakie na nim zrobiło objawienie się ukochanego męczennika, ksiądz Korzeniecki zbliżył się do stołu i zobaczył wyraźny odcisk świętej dłoni; a kiedy dnia następnego piętno to nie było jeszcze zniknęło, zawołał wszystkich Ojców i Braci, tak że cały klasztor poświadczył znamię przez Błogosławionego zostawione. Cudowne i radosne to zdarzenie rozniosło się lotem błyskawicy po całej Litwie i Koronie, doszło i do Jezuitów Połockich, a jeden z nich, ksiądz Grzegorz Felkierzamb, rozgłosił je całemu katolickiemu światu.

Strony: strona 1, strona 2, strona 3, strona 4, strona 5, strona 6, strona 7, strona 8, strona 9, strona 10, strona 11, strona 12, strona 13, strona 14, strona 15, strona 16, strona 17, strona 18, strona 19, strona 20, strona 21, strona 22, strona 23, strona 24, strona 25, strona 26, strona 27, strona 28, strona 29, strona 30, strona 31, strona 32, strona 33, strona 34, strona 35, strona 36, strona 37, strona 38, strona 39, strona 40, strona 41, strona 42, strona 43, strona 44, strona 45, strona 46, strona 47, strona 48, strona 49, strona 50, strona 51, strona 52, strona 53, strona 54, strona 55
