Tajemnica Grobu Czyngis-chana
Thriller historyczny
„Zabieram was dziś w podróż na bezkresne stepy Mongolii – krainy spowitej legendami. Zanurzymy się w jedną z największych zagadek historii: zaginiony grób Czyngis-chana, człowieka, który krwią i ogniem wykuł największe lądowe imperium w dziejach ludzkości. To nie bajka – to historia oparta na faktach historycznych i współczesnych badaniach archeologicznych. Ale uwaga: to, co usłyszycie, pochłonie was bez reszty… i być może nigdy nie puści. Zacznijmy.”
Rozdział 1: Cień wielkiego chanaJest sierpień 1227 roku. Słońce bezlitośnie pali wzgórza dzisiejszej północno-wschodniej Mongolii. W jurcie, otoczony najbliższymi generałami i członkami rodziny, umiera człowiek, którego imię wstrząsało światem od Chin po Europę. Temudżyn, znany światu jako Czyngis-chan, władca imperium obejmującego 22% powierzchni Ziemi, wydaje ostatnie tchnienie.Jego imperium rozciągało się na ponad 33 miliony kilometrów kwadratowych – od Morza Japońskiego po Morze Kaspijskie. Pod jego rozkazami stała największa armia konna, jaką kiedykolwiek widział świat – ponad 130 tysięcy elitarnych wojowników, którzy podbili więcej terytoriów niż Aleksander Wielki i Juliusz Cezar razem wzięci.Lecz zanim jego przeszywające, szare oczy gasną na zawsze, szepcze swoim czterem synom i najzaufańszym nojonom (generałom) rozkaz, który przejdzie do historii: „Ukryjcie moje ciało przed światem. Niech żaden kamień, żadna rzeka, żadne drzewo nie zdradzi mojego miejsca spoczynku. Moje imperium przetrwa tylko wtedy, gdy mój grób pozostanie tajemnicą.”Wojownicy, odziani w tradycyjne deele i skórzane zbroje wzmocnione metalowymi płytkami, kiwają głowami w milczeniu. Rozumieją głębię tego rozkazu. Czyngis-chan, który za życia terroryzował wrogów, po śmierci obawia się zbezczeszczenia swojego grobu. Jest to lęk uzasadniony – jego wrogowie z pewnością pragnęliby zemścić się na szczątkach człowieka, który wymordował dziesiątki milionów ludzi podczas swoich podbojów.Zgodnie z tradycyjnym rytuałem pogrzebowym mongolskiej arystokracji, ciało chana zostaje umyte mlekiem klaczy i winem z fermentowanego mleka – kumysem. Ubrane w najlepsze jedwabie, sprowadzone z podbitych Chin dynastii Song, spoczywa przez trzy dni w jurcie, podczas gdy szamani odprawiają rytuały przejścia do świata duchów.Kiedy nadchodzi czas, ciało zostaje umieszczone w drewnianej trumnie, wykładanej złotem i drogimi kamieniami z łupów wojennych. Kondukt pogrzebowy składa się z najbardziej zaufanych wojowników – wielu z nich walczyło u boku Temudżyna od czasów jego młodości, kiedy był zaledwie wygnanym chłopcem z rodu Borjiginów, szukającym zemsty za zamordowanego ojca.Wyruszają nocą, pod osłoną ciemności, kierując się ku świętej górze Burchan Chaldun w łańcuchu Chentej, gdzie według tradycji Temudżyn znalazł schronienie, gdy ścigali go wrogowie w młodości. To tutaj przysięgał bogu nieba Tengri, że zjednoczy podzielone plemiona mongolskie.Po pochówku rozpoczyna się najbardziej makabryczna część rytuału. Zgodnie z rozkazem Czyngis-chana, wojownicy rozpoczynają metodyczne i bezlitosne eliminowanie każdego, kto widział kondukt pogrzebowy lub mógł znać lokalizację grobu. Nomadzi, pasterze owiec i jaków, przypadkowi wędrowcy, a nawet kobiety i dzieci – wszyscy zostają wymordowani z zimną krwią.
Forty wojowników prowadzi tysiąc koni w kółko nad miejscem pochówku, tratując teren tak długo, aż nie pozostaje żaden ślad, żadne wzniesienie czy wyraźny znak. Według najstarszych kronik, oddziały inżynieryjne, które Czyngis-chan poznał podczas podboju Chin, stosują zaawansowaną jak na tamte czasy technikę hydrologiczną – przekierowują bieg pobliskiej rzeki Onon tak, by płynęła nad grobem, zacierając na zawsze wszelkie ślady.Ostatni świadkowie – inżynierowie i wojownicy, którzy przeprowadzili tę operację – również zostają zgładzeni. Jeden z kronik sułtanatu Chorezmijskiego, podbitego przez Czyngis-chana, opisuje, że 800 wojowników, którzy uczestniczyli w pochówku, również zostaje zabitych. Dla niewykształconych nomadów ta śmierć jest honorem – będą strzec swego ukochanego chana w zaświatach.Tak rozpoczyna się jedna z największych tajemnic w historii – gdzie naprawdę spoczywa twórca mongolskiego imperium?
Rozdział 2: Ślad na stepie
Lukas Berger stoi na wietrznym wzgórzu w prowincji Chentij, 300 kilometrów na północny wschód od Ułan Bator. Ma 43 lata, lecz jego opalona, poorana zmarszczkami twarz wygląda na więcej. Dwadzieścia lat spędzone na wykopaliskach w najbardziej odległych zakątkach świata odcisnęły na nim swoje piętno.Przed nim rozciąga się bezkresna przestrzeń – falujące trawy stepu, poprzeplatane wstęgami strumieni, które jak srebrne żyły przecinają krajobraz. Wiosna w Mongolii to krótki, ale intensywny okres, gdy step rozkwita tysiącami dzikich kwiatów, kasztanowy rozchodnik i błękitne niezapominajki tworzą kolorowy dywan. W oddali wznosi się majestatyczna góra Burchan Chaldun, czczona przez Mongołów jako święty szczyt, miejsce, gdzie narodził się ich naród.„Tutaj, tutaj jest klucz do zagadki” – mruczy Lukas do siebie, wyciągając starożytny manuskrypt, który odkrył w zakurzonym archiwum w klasztorze Gandantegchinlen w Ułan Bator. Dokument, napisany klasycznym pismem mongolskim, które czyta się pionowo, datowany jest na XIV wiek – okres, gdy imperium mongolskie zaczęło się rozpadać pod rządami potomków Czyngis-chana.Manuskrypt, według ekspertów, został napisany przez mongolskiego mnicha, który miał dostęp do tajnych archiwów potomków Czyngis-chana. Na jednej ze stron znajduje się zagadkowy rysunek – mapa ukazująca konstelację przypominającą Wielkiego Wozu, a pod nią dziwny układ rzek, który według Lukasa odpowiada terenowi wokół góry Burchan Chaldun.Obok niego stoi dr Anna Meier, 38-letnia ekspertka od teledetekcji i zdjęć satelitarnych z Uniwersytetu w Heidelbergu. Poznali się pięć lat wcześniej na konferencji archeologicznej w Pekinie, gdzie oboje przedstawiali swoje badania dotyczące kultur stepowych. Anna ma krótkie blond włosy, ostre rysy twarzy i przenikliwy wzrok, który zniechęca większość ludzi do dyskusji z nią.„Lukas, to szaleństwo” – mówi stanowczym głosem, nie odrywając wzroku od laptopa, na którym wyświetla się obraz z satelity. „Mongołowie od wieków strzegą tej tajemnicy. Grób Czyngis-chana jest dla nich świętością. W 2019 roku rząd mongolski oficjalnie zakazał wszelkich poszukiwań grobu, uznając je za obrazę narodowej dumy. Nawet jeśli znajdziemy jakieś dowody, nie pozwolą nam kopać.”Anna nie wspomina o innym problemie – legendzie, która od wieków krąży wśród lokalnych pasterzy. Według niej każdy, kto zakłóci spoczynek wielkiego chana, ściągnie na świat powrót jego gniewu – plagę równie straszliwą jak podboje za jego życia. Mongoł, który pomagał im jako przewodnik, odmówił zbliżania się do tego obszaru, gdy tylko zorientował się, czego szukają.„A nawet jeśli przekonamy władze…” – kontynuuje Anna – „co, jeśli legenda jest prawdziwa? Wiesz, że lokalni szamani wierzą w klątwę. I nie są jedyni. Podobno japońska ekspedycja z 1993 roku znalazła coś w tym regionie, a trzech jej członków zmarło w ciągu roku w dziwnych okolicznościach.”Lukas gorzko się śmieje. Jest pragmatykiem, człowiekiem nauki. Nie wierzy w klątwy, tylko w fakty, artefakty i DNA. „Przeklęty czy nie, Anno, czuję to. Hiperspektralne zdjęcia satelitarne, które przeanalizowałaś, pokazują anomalię – wzniesienie, które nie wygląda naturalnie. Georadar wykrył struktury pod ziemią na głębokości około trzech metrów. A stare teksty… mówią o miejscu, które zadeptały konie, miejscu, które odzyskała natura.”Nie dodaje, że ta obsesja kosztowała go już dwa małżeństwa i niemal całe dziedzictwo po rodzicach. Dla Lukasa znalezienie grobu Czyngis-chana to nie tylko archeologiczne odkrycie – to życiowa misja, coś, co zaczęło się, gdy jako dziecko przeczytał książkę o wielkim zdobywcy i poprzysiągł sobie, że pewnego dnia rozwiąże tę tajemnicę.„Pomyśl o tym, Anno” – kontynuuje, wskazując na obszar na mapie. „Tutaj, gdzie rzeka zmienia bieg w sposób, który nie wydaje się naturalny. Starożytne kroniki mówią, że przekierowano rzekę nad grobem. To mogłoby wyjaśniać anomalię hydrologiczną, którą zaobserwowałaś na zdjęciach satelitarnych.”Anna chce odpowiedzieć, lecz nagle jej uwagę przykuwa dźwięk – głębokie buczenie silnika przedzierającego się przez ciszę stepu. Na horyzoncie pojawia się czarny terenowy Land Cruiser, wzniecający tuman kurzu. Samochód zatrzymuje się ostro kilkadziesiąt metrów od nich. Wysiadają z niego mężczyźni w ciemnych mundurach bez insygniów, ich azjatyckie twarze są surowe i zdecydowane.„Nie macie tu czego szukać” – woła jeden z nich po mongolsku, jego głos niesie się przez step. „To teren zamknięty dla cudzoziemców.”Lukas rozumie wystarczająco mongolski, by wiedzieć, że to nie jest zwykła kontrola graniczna. W Mongolii, kraju wielkości Europy Zachodniej, z populacją zaledwie trzech milionów ludzi, rzadko spotyka się strażników w tak odległych regionach. Ktoś musiał ich śledzić od początku.
Rozdział 3: Klątwa się budzi
Mężczyźni nie przedstawiają się, nie pokazują żadnych dokumentów. Nie są zwykłymi strażnikami granicznymi ani policją – to oczywiste dla Lukasa, który w trakcie swojej kariery widział już niejedną „nieoficjalną” organizację w różnych zakątkach świata. Ci ludzie należą do czegoś innego – być może do tajnej jednostki rządowej lub, co wydaje się Lukasowi bardziej prawdopodobne, do organizacji, która od wieków strzeże grobu.Istnienie takiej organizacji nie byłoby niczym nadzwyczajnym w kontekście historycznym. W końcu potomkowie Czyngis-chana rządzili Mongolią aż do XVII wieku, a kult wielkiego zdobywcy przetrwał nawet okres komunizmu. Historycy dokumentują istnienie tajnego stowarzyszenia znanego jako „Altan Urga” (Złoty Pałac), które miało być powołane przez Ugedeja, syna i następcę Czyngis-chana, właśnie w celu ochrony grobu ojca.Ich przywódca, chudy mężczyzna o przeszywających oczach i policzkach naznaczonych bliznami po ospie, występuje naprzód. Ma około pięćdziesięciu lat, ale porusza się z energią młodszego człowieka. Na jego szyi wisi amulet z wizerunkiem wilka – totemicznego zwierzęcia rodu Czyngis-chana.„Wy, zachodni głupcy” – syczy po angielsku z ledwie wyczuwalnym akcentem. „Nie macie pojęcia, co budzicie. Chan zasłużył na swój spokój. Dlaczego ludzie z Zachodu zawsze muszą zakłócać równowagę świata?”Lukas próbuje negocjować: „Jesteśmy naukowcami, prowadzimy badania historyczne. Nie mamy zamiaru nikogo niepokoić. Mamy pozwolenie od Ministerstwa Kultury…”Mężczyzna uśmiecha się zimno: „Ministerstwo nie ma tu nic do powiedzenia. Ten teren podlega innej… jurysdykcji.”Na znak przywódcy dwóch uzbrojonych mężczyzn podchodzi do Lukasa i Anny. Zmuszają ich do oddania całego sprzętu – aparatów, GPS-ów, laptopów. Anna protestuje, ale jeden z mężczyzn kładzie dłoń na kaburze przy pasie, uciszając ją skutecznie.Lukas zauważa moment nieuwagi strażników, gdy ci pakują ich sprzęt do samochodu. Udaje mu się dyskretnie wsunąć mały, zapasowy lokalizator GPS do kieszeni spodni. To urządzenie, nie większe od monety, jest jego standardowym wyposażeniem bezpieczeństwa podczas wypraw do niestabilnych regionów świata.Gdy mężczyźni wciągają ich do samochodu, Lukas szepcze do Anny: „Wrócimy. Nie poddam się.” Anna patrzy na niego z mieszaniną strachu i podziwu. Zna jego upór, wie, że nie odpuści – nawet jeśli będzie go to kosztować życie.Samochód rusza z kopyta, wzbijając tumany kurzu. Przez kilka godzin jadą przez coraz bardziej odludne tereny. Pejzaż zmienia się – step ustępuje miejsca bardziej górzystemu krajobrazowi. W końcu docierają do miejsca, które wygląda jak opuszczona baza wojskowa z czasów sowieckich – kompleks betonowych budynków otoczony ogrodzeniem z drutu kolczastego. Ale widać, że miejsce jest używane – na placu stoją nowoczesne pojazdy, a przy bramie czuwają uzbrojeni strażnicy.Zostają wprowadzeni do głównego budynku i rozdzieleni. Lukasa umieszczają w małym, surowym pokoju z jednym oknem, zbyt wysoko, by mógł przez nie wyjrzeć. Przez kilka godzin nikt się nie pojawia. W końcu drzwi otwierają się i wchodzi przywódca grupy, trzymając w ręku laptop Anny.„Dr Berger” – mówi, siadając naprzeciwko. „Wiem o panu wszystko. Urodzony w Monachium, wykształcony w Berlinie i Cambridge. Specjalista od kultur stepowych Eurazji. Dwa nieudane małżeństwa. Obsesja na punkcie Czyngis-chana, która zaczęła się w dzieciństwie. Imponująca kariera akademicka, która załamała się po pańskiej kontrowersyjnej publikacji o możliwej lokalizacji grobu. I teraz jest pan tutaj, ignorując wszystkie ostrzeżenia i zakazy.”Lukas milczy, zaskoczony dokładnością informacji.„Widziałem pańskie analizy” – kontynuuje mężczyzna, wskazując na laptop. „Dr Meier odvłała naprawdę imponującą pracę z tymi zdjęciami satelitarnymi. Wykryła anomalie, których nasze własne systemy nie zauważyły. To… niepokojące.”„Kim jesteście?” – pyta w końcu Lukas. „Co to za miejsce?”Mężczyzna wzdycha. „Mogę się przedstawić. Jestem Batbayar. A to miejsce… powiedzmy, że to posterunek organizacji starszej niż pański kraj, dr Berger. Organizacji powołanej przez samego Ugedeja, syna Czyngis-chana, by strzec najważniejszej tajemnicy imperium.”„Altan Urga” – szepcze Lukas, przypominając sobie stare zapiski.Batbayar unosi brwi, wyraźnie zaskoczony. „Widzę, że odrobił pan pracę domową. Tak, kiedyś tak nas nazywano. Dziś… mamy inne nazwy, inne struktury. Ale cel pozostaje ten sam.”„Dlaczego?” – pyta Lukas. „Dlaczego tak bardzo bronicie tej tajemnicy? To część światowego dziedzictwa. Naukowcy mogliby…”„Naukowcy!” – prycha Batbayar. „Myślicie, że wszystko wam się należy. Że każda tajemnica musi zostać rozwikłana, każda świętość zbezczeszczona w imię wiedzy. Nie rozumiecie… nie możecie zrozumieć.”Batbayar wyjmuje z kieszeni mały, skórzany woreczek. Otwiera go i wysypuje na stół garść ziemi. „Ta ziemia pochodzi z miejsca, gdzie spoczywa Czyngis-chan. Przez wieki strzegliśmy jej, dbając, by nikt jej nie zakłócił.”„Dlaczego?” – powtarza Lukas.„Ponieważ chan tak rozkazał” – odpowiada prosto Batbayar. „Ale jest też inny powód. Stare przepowiednie mówią, że gdy grób Czyngis-chana zostanie otwarty, jego duch powróci, by ponownie prowadzić swój lud. A to przyniesie światu nową erę zniszczenia.”Lukas z trudem powstrzymuje uśmiech. Jako naukowiec, racjonalista, nie wierzy w takie przesądy. Ale widzi, że Batbayar jest śmiertelnie poważny.„To nie jest bajka dla dzieci, dr Berger” – kontynuuje Mongol, jakby czytając w jego myślach. „To przepowiednia zapisana krwią. W latach 30. XX wieku sowieccy archeolodzy próbowali znaleźć grób. Ich ekspedycja zakończyła się tajemniczymi zgonami. W latach 60. chińscy badacze przekroczyli granicę, szukając grobu – żaden z nich nie wrócił. W 1993 roku japońska ekspedycja znalazła coś w regionie Chentej. Trzech jej członków zmarło w ciągu roku.”„To mogły być zbiegi okoliczności” – odpowiada Lukas. „Albo… wasza organizacja pomogła tym ‚klątwom’ się spełnić?”Batbayar nie odpowiada, ale jego oczy mówią wszystko. Przez wieki strażnicy grobu nie wahali się eliminować tych, którzy zbliżali się zbyt blisko tajemnicy.„Wypuścimy was” – mówi w końcu. „Ale musicie opuścić Mongolię w ciągu 24 godzin. I nigdy nie wracać. W przeciwnym razie… klątwa dosięgnie i was.”Lukas i Anna zostają wyprowadzeni z kompleksu. Jeden z terenowych samochodów odwozi ich na główną drogę, kilkadziesiąt kilometrów od Ułan Bator. Zostają tam z niewielkim plecakiem podstawowych rzeczy. Bez sprzętu, bez dowodów.Ale Lukas ma lokalizator GPS. I ma w głowie mapę. Wie, gdzie szukać.„To koniec, Lukas” – mówi Anna, gdy samochód strażników znika w oddali. „Wracajmy do domu.”Lukas kręci głową. „Nie teraz, gdy jesteśmy tak blisko. Batbayar potwierdził wszystko, nawet jeśli nie zdawał sobie z tego sprawy. Grób istnieje, i jest tam, gdzie podejrzewaliśmy – w regionie Chentej, prawdopodobnie blisko rzeki Onon.”„Oszalałeś!” – Anna łapie go za ramię. „Ci ludzie nas zabiją!”„Nie, jeśli będziemy ostrożni. Posłuchaj, nie musimy tam kopać. Wystarczy, że zbierzemy wystarczająco dowodów na lokalizację. Zdjęcia, próbki gleby, odczyty georadaru. Potem możemy opublikować nasze odkrycia i pozwolić rządowi mongolskiemu zdecydować, co dalej.”Anna wzdycha, wiedząc, że nie przekona go do zmiany zdania. „I jak zamierzasz się tam dostać? Pieszo? To setki kilometrów!”Lukas uśmiecha się. „Mam przyjaciela w Ułan Bator. Pilota helikoptera. Były szmugler, ale teraz prowadzi legalny biznes turystyczny. Za odpowiednią cenę zabierze nas tam bez zadawania pytań.”Tej nocy wynajmują pokój w małym hostelu na obrzeżach Ułan Bator. Lukas kontaktuje się ze swoim znajomym pilotem, Ganbaatarem, który zgadza się zabrać ich w rejon Chentej o świcie – za podwójną stawkę.W nocy, gdy Anna śpi, Lukas analizuje swoje notatki, które udało mu się zachować w chmurze. Łączy punkty – starożytne opisy, zdjęcia satelitarne, lokalne legendy. Wszystko wskazuje na obszar u podnóża świętej góry Burchan Chaldun, gdzie rzeka Onon zatacza nienaturalny łuk.Nad ranem, tuż przed świtem, helikopter Ganbaatara – stary, rosyjski Mi-2, pamiętający jeszcze czasy sowieckie – zabiera ich z opuszczonego pola na peryferiach miasta. Pilot, barczysty Mongoł z bliznami po ospie, nie zadaje pytań. Zna Lukasa z dawnych wypraw i ufa mu.Lecą nisko nad stepem, by uniknąć wykrycia przez radar. Po dwóch godzinach lotu Ganbaatar wskazuje na teren przed nimi. „To obszar Chentej. Dalej nie polecę, to teren wojskowy. Mogę was zostawić tutaj i wrócić o zachodzie słońca. Ale jeśli nie będzie was na miejscu, nie będę czekał.”Lądują na małej polanie wśród wzgórz. Helikopter odlatuje, zostawiając ich samych z plecakami podstawowego sprzętu, który udało im się kupić w Ułan Bator – kompas, mapa, niewielki detektor metalu i mały zestaw narzędzi archeologicznych.„To szaleństwo” – mruczy Anna, ale podąża za Lukasem, który pewnie prowadzi ich na północny wschód, kierując się małym, podręcznym GPS-em.Po kilku godzinach wędrówki docierają do miejsca, które Lukas rozpoznaje ze zdjęć satelitarnych – dziwne wzniesienie terenu, gdzie rzeka Onon zatacza łuk, który nie wygląda na naturalny. Miejsce jest ciche, puste, z dala od osad ludzkich. Idealne na ukrycie grobu władcy.„To tutaj” – mówi Lukas, wskazując na wzgórze porośnięte trawą. „Jeśli moje obliczenia są poprawne, pod nami może znajdować się wejście do kompleksu grobowego.”Rozpakowują sprzęt i zaczynają badać teren. Anna przeprowadza podstawowe pomiary, podczas gdy Lukas używa detektora metalu, szukając jakichkolwiek anomalii. Po godzinie pracy Anna zauważa coś dziwnego – w pewnych miejscach trawa ma inny odcień, tworząc subtelny wzór, niewidoczny z ziemi, ale wyraźny na zdjęciach satelitarnych.„Lukas, patrz” – mówi, wskazując na swój tablet, gdzie wyświetla wcześniej zapisane zdjęcie z satelity. „Te wzory… to nie są naturalne formacje. To jakby… jakby ktoś celowo zasadził tu różne rodzaje traw, tworząc coś w rodzaju mapy.”Lukas przygląda się uważnie. Rzeczywiście, z lotu ptaka wzór przypomina starożytny symbol mongolski – dwa skrzyżowane miecze pod sylwetką wilka.„To znak rodu Borjiginów – klanu Czyngis-chana” – szepcze podekscytowany. „To musi być to!”Lecz zanim zdążą kontynuować badania, niebo nagle ciemnieje. Chmury gromadzą się nad nimi z nienaturalną szybkością, a wiatr zaczyna wiać z niespodziewaną siłą. Z oddali dobiega dziwny dźwięk – jakby odgłos tysięcy galopujących koni, choć step przed nimi jest pusty.„Lukas…” – Anna chwyta go za ramię, jej twarz blada z przerażenia. „Coś jest nie tak. Musimy stąd uciekać!”Ale Lukas, pochłonięty ekscytacją odkrycia, ignoruje ostrzeżenie. Wyciąga z plecaka małą łopatkę i zaczyna kopać w miejscu, gdzie detektor metalu wykrył silny sygnał.
Rozdział 4: Ostatni strażnicy
Na bezkresnych stepach Mongolii, w cieniu świętej góry Burchan Chaldun, Lukas Berger i dr Anna Meier stoją przed zagadką, która może zmienić historię świata. Po miesiącach analiz satelitarnych, badań manuskryptów i intensywnej pracy w terenie, ich wysiłki prowadzą do odkrycia wejścia do podziemnej komory. Oblicza ich wyrażają nie tyle triumf, co świadomość, że przekraczają granicę, której nikt od wieków nie odważył się naruszyć.Kiedy otwierają ciężką kamienną płytę, ich oczom ukazuje się tunel, zanurzony w ciemności, prowadzący głęboko pod ziemię. Powietrze wydaje się gęste, niemal duszące, jakby nosiło w sobie ciężar wieków. Lukas zapala latarkę, rzucając snop światła na ściany pokryte starożytnymi inskrypcjami. Każde słowo zdaje się krzyczeć przestrogę: „Tylko cisza chroni ziemię przed gniewem niebios.”Wchodząc głębiej, odkrywają komnatę, w której spoczywa sarkofag wykonany z czarnego granitu, zdobiony złotymi płytkami i drogocennymi kamieniami. W jego otoczeniu rozmieszczono artefakty – miecze, łuki i naszyjniki, które mogły należeć do samego Czyngis-chana. Atmosfera jest niemal surrealistyczna; w ciszy słychać tylko bicie serca Anny, które odbija się echem od ścian. „To jest to,” szepcze Lukas, jakby próbował przekonać sam siebie.Nagle, niemal niewyczuwalny dźwięk przecina ciszę – szelest, jakby stepowe wiatry znalazły drogę do wnętrza grobowca. „Nie jesteśmy sami,” mówi Anna, jej głos drżący jak nigdy wcześniej. Nie trzeba długo czekać, by jej przypuszczenia się potwierdziły. Z tunelu wchodzą postacie – mężczyźni w ciemnych mundurach, bez oznaczeń. Ich twarze wyrażają coś więcej niż wrogość; zdają się być strażnikami, którzy od wieków pilnują tej tajemnicy. „Natychmiast opuście to miejsce,” mówi dowódca, jego głos rozbrzmiewa echem w podziemnej komorze. Lukas i Anna wiedzą, że są na skraju nie tylko odkrycia, ale potencjalnej katastrofy. Mimo niechęci, opuszczają grobowiec pod eskortą, wiedząc, że zbliżyli się do granicy, której nie powinno się przekraczać.W drodze powrotnej Lukas zadaje pytanie, które pozostanie bez odpowiedzi: „Czy to naprawdę klątwa, czy jedynie wola człowieka, który nie chciał, by jego sekret stał się własnością świata?”
–
