
ROZDZIAŁ 8 — Komnata 25
Drzwi nie otworzyły się gwałtownie.
Nie rozsunęły się jak wrota świątyni.
Nie pękły jak kruche szkło.
Powoli uniosły się niczym powieki przebudzającej
się istoty.
Aelira zamarła.
Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że ktoś
dotknął jej serca od środka. Nie dłonią, lecz
wspomnieniem, które od zawsze czekało na tę
chwilę.
Z wnętrza Komnaty wypłynęło światło.
Nie było jednak światłem.
Było pamięcią światła.
Blaskiem istniejącym jeszcze przed pierwszym
świtem, zanim czas nauczył się odmierzać kolejne
chwile.
Powietrze zgęstniało. Każdy oddech smakował
chłodem i ciszą, która zdawała się starsza od
wszechświata.
Rian odsunął się od wejścia.
— To nie jest Komnata.
Urwał, nie znajdując właściwego słowa.
— To coś… starszego od wszystkiego, co znamy.
Mira położyła dłoń na jego ramieniu.
Nie odrywała wzroku od wnętrza.
— To jest Komnata.
Jej głos drżał.
— Ale nie jedna z Dwudziestu Czterech.
Przełknęła ślinę.
— To ta, o której Strażnicy nie odważyli się mówić
nawet szeptem.
Orin powoli uniósł miecz.
Nie dlatego, że wierzył w jego siłę.
Dlatego, że wojownik instynktownie chwyta broń,
gdy staje przed czymś, czego nie potrafi
zrozumieć.
— Cokolwiek tam jest…
Ścisnął mocniej rękojeść.
— Nie chce, żebyśmy przekroczyli próg.
Aelira nie słyszała ich.
Cały świat ucichł.
Pozostał tylko głos.
Jej własny.
Starszy.
Ochrypły.
Pęknięty ciężarem lat.
,,Aeliro… nie wchodź.”
Serce zabiło jej tak mocno, że przez chwilę
zagłuszyło wszystko inne.
— To ja…
Słowa ledwie przeszły jej przez gardło.
— To mój głos.
Rian spojrzał na nią z niepokojem.
— Z przyszłości?
— Nie wiem.
Mira pokręciła głową.
— Nie z przyszłości.
Zrobiła krok bliżej drzwi.
— Z innej ścieżki czasu.
— Z życia, które wydarzyło się gdzieś indziej.
Aelira ruszyła naprzód.
Drzwi zadrżały.
Nie z lęku.
Z rozpoznania.
Jakby odnalazły Echo, którego oczekiwały od
niepamiętnych czasów.
Tuż za progiem stał Kael.
Nieruchomy.
Spokojny.
Jak człowiek, który czekał na tę chwilę przez całe
życie.
— Widzisz? — odezwał się cicho.
— Ona woła ciebie.
Jego spojrzenie spoczęło na wnętrzu Komnaty.
— Tak samo, jak od lat woła mnie.
Aelira zatrzymała się zaledwie kilka kroków od
niego.
— Dlaczego?
Jej głos drżał.
— Dlaczego Komnata woła właśnie nas?
Kael uśmiechnął się z bólem.
— Bo oboje nosimy w sobie stratę, której czas
nigdy nie potrafił zapamiętać.
Przekroczyli próg.
Natychmiast zniknęło wszystko, co przypominało
świat.
Nie było nieba.
Nie było ziemi.
Nie było światła ani ciemności.
Był jedynie bezkres przypominający pierwszy
oddech wszechświata.
Początek.
I koniec.
Jednocześnie.
Aelira poczuła, że traci własne granice.
Nie ciało.
Siebie.
Jakby Komnata rozbierała jej istnienie na
pojedyncze wspomnienia, próbując odpowiedzieć
na pytanie, kim naprawdę jest.
Mira opadła na kolana.
— To niemożliwe…
Jej oddech przyspieszył.
— Tutaj nie istnieje czas.
— Nie istnieje kierunek.
— Nie istnieje nawet pamięć.
Rian podtrzymał ją, zanim osunęła się głębiej w
pustkę.
— Zostań ze mną.
— Nie pozwól jej cię pochłonąć.
Kilka kroków dalej Orin patrzył w niewidzialną
przestrzeń.
Jego twarz pobladła.
— Widzę…
Przełknął ślinę.
— Mój świat.
— Ale nie taki, jaki pamiętam.
— Taki, jaki mógł istnieć.
Aelira poczuła delikatny dotyk.
Nie na skórze.
Na wspomnieniach.
Przed nią rozlał się obraz niczym tafla spokojnej
wody.
Kobieta.
Starsza.
Zmęczona.
Jej własna twarz.
Oczy pełne bólu, którego nie powinien unieść
żaden człowiek.
— Nie powinnaś jeszcze tutaj być.
Aelira patrzyła na nią bez słowa.
— Kim jesteś?
Na ustach kobiety pojawił się smutny uśmiech.
— Jestem tobą.
Zapadła cisza.
— Tą, która przegrała.

