
ROZDZIAŁ 14
Echor Bez Imienia
Morze Wspomnień drżało inaczej niż zwykle.
Nie jak ocean.
Jak coś, co próbowało powstrzymać własny rozpad.
Na jego powierzchni nie odbijało się niebo, lecz
tysiące gwiazd należących do utraconych historii.
Każda z nich była czyimś wspomnieniem. Czyimś
pierwszym słowem. Czyimś ostatnim
pożegnaniem. Niektóre dopiero czekały na
narodziny. Inne gasły po raz ostatni.
Aelira zrobiła krok.
Pierwszy Strażnik natychmiast położył dłoń na jej
ramieniu.
Nie spojrzał na nią.
Spojrzał na Morze.
Przez chwilę stał nieruchomo, jakby słuchał głosu,
którego ona nie mogła usłyszeć. Potem uklęknął i
dotknął powierzchni wody.
Morze cofnęło się.
Nie gwałtownie.
Jak przestraszone zwierzę.
— Jeszcze nie — mruknął. — Sprawdzam, czy cię
przepuści. Ono bywa… kapryśne.
Aelira poczuła, że powietrze wokół niej staje się
cięższe.
Morze ciemniało.
Nie patrzyło na jej twarz.
Patrzyło głębiej.
Jakby szukało w niej czegoś, czego sama jeszcze
nie znała.
Bała się.
Ale zrobiła kolejny wdech.
Wtedy gwiazdy na powierzchni rozjaśniły się.
Strażnik powoli wstał.
— No. Wygląda na to, że cię lubi. Albo że chce
zobaczyć, co zrobisz.
Morze rozstąpiło się przed nimi.
Nie jak woda.
Jak brama.
Przed Aelirą pojawiła się ścieżka z rzeczy, których
świat już nie pamiętał: z kołysanki śpiewanej
dziecku, z ostatniego listu nigdy niewysłanego, z
obietnicy złamanej przed jej spełnieniem, z
imienia wypowiedzianego tylko raz.
Każdy krok rozświetlał drogę.
A za jej plecami gasł.
Jakby ta podróż mogła wydarzyć się tylko jeden raz.
— Nie oglądaj się — powiedział Strażnik.
— Dlaczego?
— Bo Morze zabiera to, czego nie potrafisz
ochronić. A ty masz dziś dużo do stracenia.
Aelira skinęła głową.
Szła dalej.
Po kilku krokach spróbowała przypomnieć sobie
zapach domu z dzieciństwa.
Nie potrafiła.
Nie wiedziała dlaczego.
Ale wiedziała, że coś zniknęło.
Ogród Zapomnianych Snów
Po obu stronach ścieżki wyrósł las.
Nie z drzew.
Z zegarów.
Ich wskazówki poruszały się jak liście na wietrze, a
z gałęzi zwisały świetliste owoce. W każdym z nich
pulsował obraz.
Czyjeś marzenie.
Czyjś niespełniony wybór.
Czyjeś „mogłem”.
— Ogród Zapomnianych Snów — powiedział
Strażnik. — Nie dotykaj niczego, jeśli nie chcesz,
żeby coś dotknęło ciebie.
Aelira zwolniła.
W jednym z owoców zobaczyła chłopca stojącego
na klifie i patrzącego w niebo. Marzył, że kiedyś
będzie latał.
Nigdy nie wzbił się ponad ziemię.
Ale jego marzenie nadal żyło.
Aelira wyciągnęła rękę.
— Hej, nie rób—
Za późno.
Owoc pękł w jej dłoni.
Światło rozlało się między palcami.
Najpierw zobaczyła chłopca.
Potem coś, czego nie powinno tam być.
Siebie.
Małą dziewczynkę siedzącą na dachu Aelionu.
Patrzącą na gwiazdy.
— Chcę wiedzieć… dlaczego czas boli —
wyszeptała dziecięcym głosem.
Aelira zamarła.
Nigdy nikomu tego nie powiedziała.
W tej samej chwili wszystkie zegary w lesie zaczęły
bić.
Każdy inaczej.
Jeden odmierzał sekundy.
Drugi lata.
Trzeci całe ludzkie życie.
Gałęzie poruszyły się.
Las obudził się.
— Uciekaj! — krzyknął Strażnik.
Zegary wyciągnęły wskazówki jak palce.
Oplotły jej ręce.
Nogi.
Włosy.
— Zostań — szeptały. — Damy ci wszystko, czego
pragniesz.
Aelira zobaczyła przed sobą świat, którego zawsze
chciała.
Bez wojny.
Bez straty.
Bez bólu.
Zrobiła krok w jego stronę.
Potem przypomniała sobie, że piękne rzeczy nie
zawsze mówią prawdę.
Wyrwała się.
Strażnik uniósł dłoń.
Zegary zatrzymały się.
Ale jego twarz poszarzała.
— Zapłaciłeś cenę? — zapytała.
— Mhm.
— Czym?
Spojrzał gdzieś daleko.
Jak człowiek próbujący otworzyć drzwi, za którymi
nic już nie pamięta.
— Nie wiem. I to jest najgorsze.
Aelira poczuła, że coś w niej drgnęło — jakby echo
tamtego dziecięcego marzenia zaczęło w niej żyć
na nowo.
Widziała teraz delikatne drgania snów w owocach,
których wcześniej nie dostrzegała.
Ślady Echoru
Na końcu ścieżki pojawiły się ślady.
Nie w ziemi.
W świetle.
Jeden był utkany z liter.
Drugi z popiołu.
Trzeci z dziecięcego śmiechu.
Czwarty z ciszy.
Aelira dotknęła jednego.
Świat zniknął.
Nie było Morza.
Nie było Strażnika.
Nie było jej.
— Aelira!
Głos dotarł do niej z daleka.
— Patrz na mnie!
Otworzyła oczy.
Strażnik trzymał ją za ramiona.
— Kim jestem? — wyszeptała.
Jej własne imię brzmiało obco.
Jak słowo z języka, którego nigdy się nie uczyła.
Strażnik spoważniał.
— Ślady Echoru dotykają tego, co jest najgłębiej
ukryte.
— Co zabrały?
— Tego dowiesz się później. Zwykle w najgorszym
momencie.
Aelira spojrzała na ślady.
I zobaczyła coś, czego wcześniej nie widziała.
Pęknięcia.
Drobne szczeliny w samym świetle.
Miejsca, gdzie czas był cienki.
Strażnik ich nie widział.
Echor Bez Imienia
Morze ucichło.
Nie uspokoiło się.
Zamilkło ze strachu.
Z mgły wyłoniła się istota.
Nie miała jednej formy.
Raz była jeleniem z gwiazdami w porożu.
Potem wilkiem, którego futro utkane było z liter.
Potem ptakiem o skrzydłach z dawnych modlitw.
Jakby cały świat próbował przypomnieć sobie,
czym kiedyś była.
Jego oczy były puste.
Nie dlatego, że nic nie widziały.
Dlatego, że nie pamiętały.
— Echor Bez Imienia — powiedział Strażnik. — I
nie pytaj, co to znaczy. Gdybyśmy wiedzieli, nie
byłby bez imienia.
Istota zadrżała.
Tysiące obrazów przepłynęły przez jej ciało.
Próbowała odnaleźć własne imię.
Aelira poczuła dotyk w swojej świadomości.
Wiedzę.
Jedno zdanie.
Czas nie jest cały.
Zachwiała się.
Strażnik złapał ją za ramię.
— Dotknął cię. To zostanie z tobą. Gratulacje,
jesteś teraz trochę bardziej skomplikowana.
Echor spojrzał na nią.
Po raz pierwszy świadomie.
Jakby próbował ją ostrzec.
Aelira poczuła, że widzi teraz drobne pęknięcia w
powietrzu — miejsca, gdzie czas był cienki.
Strażnik ich nie widział.
Nadzieja
Za Echorem otworzyło się pęknięcie.
Nie prowadziło do ciemności.
Prowadziło do możliwości.
Rzeki płynęły ku niebu.
Wyspy unosiły się nad pustką.
Wieloryby ze światła przemierzały gwiazdy.
Ale coś było nie tak.
Ten świat był piękny.
I martwy.
Jak ciało bez serca.
Echor zatrzymał się przy kamiennym piedestale.
Nie było tam klejnotu.
Nie było księgi.
Tylko jedno słowo.
Światło.
NADZIEJA.
Powoli gasło.
Strażnik pobladł.
— Nie…
Aelira spojrzała na niego.
— Co?
— Ktoś nie zniszczył Nadziei.
Przełknął ciężko.
— Ktoś sprawił, że świat zapomniał, czym jest.
Echor uklęknął.
Położył łapę na kamieniu.
Delikatnie.
Jakby chronił ostatni płomień.
Aelira dotknęła światła.
I przez jedną chwilę zobaczyła świat, którego już nie było.
Świat pełen Nadziei.
Oko
Echor otworzył usta.
Jego głos nie należał do niego.
Nie należał do człowieka.
Był starszy niż gwiazdy.
— Aelira.
Niebo pękło.
Za szczeliną pojawiło się oko.
Ogromne.
Niemożliwe.
Nie ludzkie.
Nie zwierzęce.
Nie boskie.
Coś, co istniało przed nazwami.
Coś, co znało jej imię, zanim ona je poznała.
Echor stanął przed nią.
Osłonił ją.
Oko zniknęło.
Strażnik pierwszy raz wyglądał na naprawdę
przestraszonego.
— Musimy odejść.
— Dlaczego?
Spojrzał na czarne miejsce, które pojawiło się na
powierzchni Morza.
Jak wypalone imię.
— Bo ono już wie.
Odwrócił się.
— A jeśli ono wie… Legion też jest w drodze.
Aelira spojrzała na Echora Bez Imienia.
Na gasnącą Nadzieję.
Na czarny ślad na Morzu.
I zrozumiała.
To nie była wyprawa po odpowiedzi.
To była wojna o coś, co świat zapomniał.

