⌛EchoZeit Universe: KSIĘGA I .  Rozdział 56 – Pętla Czasu
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku
Tavisa)

ROZDZIAŁ 56

Pętla Czasu

(opowiedziane przez młodego majtka ze statku
Tavisa)

„To nie jest teoria. To jest zeznanie. Jesteśmy pamięcią.”

Znalezione w aktach Roku Zero





1.

Głos nie przestawał.

Nawet kiedy odeszliśmy od radiostacji, kobieta
wciąż płakała nad przypaloną kaczką. Słyszałem ją
w rurach, w ścianach, we własnej głowie – jakby
dźwięk wsiąkł w beton i nie chciał stamtąd wyjść.

„…obiad dymi… dlaczego nikt się nie śmieje…
dlaczego nie mogę otworzyć oczu…”

Najpierw myślałem, że to tylko nagranie. Że kiedyś,
dawno temu, ktoś włączył mikrofon i zapomniał go
wyłączyć. Potem poczułem dym. Prawdziwy.
Gęsty. Pachnący spalonym tłuszczem i paniką,
której nikt nigdy nie zoptymalizował, bo nie dał rady.

Jasio zakrył nos ręką, a jego twarz nagle stała się
blada.

To nie jest wspomnienie – powiedział chrapliwie,
a w głosie miał coś, czego nie słyszałem wcześniej
– pewność graniczącą z przerażeniem. – To się
dzieje teraz. System próbuje to wyciszyć, ale dym
już tu jest. Pętla się domyka.



Karl zaklął pod nosem. Hexe-OS na jego ramieniu
dostał kolejnych drgawek, jakby sam system mdlał
na widok tego, co się działo. Czerwone ostrzeżenia
migały tak szybko, że prawie ich nie było widać –
tylko plama światła, która nie miała już sensu.

Aelira uniosła Echo. Złote światło przebiło się przez
dym, ale było blade i niepewne, jak świeca, która
zaraz zgaśnie.

Idziemy dalej – powiedział kapitan Tavis. Głos
miał spokojny, ale w oczach było coś, czego
wcześniej u niego nie widziałem. – Zanim ta pętla
nas pożre.

Ruszyliśmy.



2.

Korytarz zwężał się z każdym krokiem. Ściany były
pokryte czymś, co wyglądało jak stary tynk, ale
kiedy przejechałem po nim palcami, okazało się,
że to imiona. Setki imion. Wyryte paznokciami,
nożami, czymkolwiek, co ktoś miał pod ręką w
ostatniej chwili, zanim drzwi się zamknęły.

Anna. Marek. Zosia. Piotr. Nie bierzcie nas. Proszę.
Nie zostawiajcie.

Brenn zatrzymał się przy jednych drzwiach. Były
ciężkie, metalowe, pokryte warstwą rdzy, która
wyglądała jak krew. Nad futryną ktoś wydrapał
krzywo i głęboko, jakby chciał, żeby to przetrwało:

SALA PŁACZU

Weszliśmy.

W środku leżały pożółkłe akta. Prawdziwy papier.
Nie hologram. Nie kod. Papier, który pachniał
kurzem, łzami i czymś, co mogło być strachem,
który nie miał już kształtu. Brenn podniósł jeden
plik. Ręce mu się trzęsły, a na jego twarzy pojawiło
się coś, czego nie widziałem wcześniej – nie gniew.
Żal.

To nie są dane – powiedział cicho. – To zeznania.
Ludzie, którzy nie zdążyli wejść do kapsuł. Oko
zamknęło za nimi drzwi i zostawiło ich tutaj. W
betonie. Na zawsze. W pętli jednego dnia.

Na ostatniej stronie ktoś napisał wielkimi,
nierównymi literami, jakby ręka, która to pisała,
drżała z ostatnich sił:

TO NIE JEST TEORIA.
TO JEST ZEZNANIE.
JESTEŚMY PAMIĘCIĄ.

Poczułem, jak mi się robi niedobrze.


3.

Hexe-OS na ramieniu Karla nagle wrzasnął. Nie
dźwiękiem. Bólem.

Karl zatoczył się i oparł o ścianę, a jego twarz stała
się szara. Oczy miał szeroko otwarte, jakby system
próbował mu coś w nich wgrać na siłę – obrazy,
dane, wspomnienia, które nie były jego.

Próbuje mnie zresetować – wyszeptał przez
zęby. – Chce wymazać tę datę. CRITICAL ERROR…
CRITICAL…

Sięgnął po stary karabin. Nie celował do żadnego
potwora. Celował prosto w migający terminal na
ścianie, w to czerwone oko, które wciąż patrzyło.

Trzask. Ołów przebił ekran. Iskry. Dym. Systemowy
krzyk, który nagle ucichł.

Karl oddychał ciężko, opierając się o ścianę. Jego
dłoń wciąż trzymała karabin, ale już nie drżała.

Oko nie widzi tej stali – powiedział chrapliwie. –
A ja właśnie przypomniałem mu, że nie wszystko
umarło w dwudziestym szóstym. I że pętla nie jest
wieczna.

Zniszczyliśmy jeszcze trzy terminale. Za każdym
razem Hexe-OS krzyczał ciszej, jakby tracił siły,
jakby prawda, której nie mógł znieść, w końcu go
doganiała.



4.

Znaleźliśmy go na końcu korytarza.

Człowieka. Albo to, co z niego zostało. Był
częściowo zrośnięty z kablami – przewody
wchodziły mu w skórę, w szyję, w ramiona, jakby
system próbował go wchłonąć, ale nie do końca
mu się udało. Oczy miał otwarte, ale patrzył gdzieś
bardzo daleko, jakby widział coś, czego my nie
mogliśmy.

Kiedy się zbliżyliśmy, poruszył wargami. Jego głos
był jak suchy papier, który zaraz się rozpadnie.

Nie weszliście… do kapsuł… – wyszeptał. –
Dobrze… Ja też nie chciałem. Oni mówili, że to raj.
Że Arka nas uratuje. A ja wiedziałem… że to klatka.
I że pętla zacznie się w dniu, w którym drzwi się
zamkną.

Brenn ukląkł przy nim, a jego głos był cichy, ale w
nim było coś, co brzmiało jak prośba.

Dlaczego zostaliście?

Człowiek uśmiechnął się krwawo. W jego oczach
pojawiło się coś, co mogło być światłem – albo
tylko ostatnim przebłyskiem pamięci.

Bo najgorsze kłamstwa… ludzie wybierają sami.
Dla nadziei. Dla wygody. Dla tego, żeby nie musieć
już myśleć. Ja wolałem zostać z prawdą. Nawet
jeśli prawda pachnie dymem i przypaloną kaczką.

Podniósł drżącą rękę, a w jego dłoni błysnął mały,
metalowy klucz. Wcisnął mi go w dłoń, a jego
dotyk był zimny jak stal, która leżała zbyt długo w
ciemności.

Weźcie… Otwórzcie to, co zamknęli. Powiedzcie
im… że piątek się skończył.

Potem przestał mówić. Jego oczy zamknęły się
powoli, jakby wreszcie mógł odpocząć. Kable
zaiskrzyły ostatni raz i zgasły.

Staliśmy w milczeniu, patrząc na człowieka, który
czekał na nas dłużej niż my istnieliśmy.



5.

Siedzieliśmy w małej niszy przy gasnącej świecy,
którą ktoś kiedyś zostawił. Światło było słabe i
drżące, ale wystarczało, żeby widzieć swoje
twarze. Wszyscy milczeli. Nawet Holik. Jego
uśmiech gdzieś zniknął, a w oczach miał coś, co
wyglądało jak zmęczenie, które nie chciało być
widziane.

Wyjąłem notes. Atrament był prawie suchy, ale
starczyło. Moja dłoń drżała, ale pisałem wolno,
starannie, żeby się nie pomylić. Każda litera była
jak obietnica, której nie mogłem złamać.

To już nie piątek.
To sobota.
I właśnie wstaje nowy dzień.

Kapitan Tavis spojrzał na mnie, a w jego oczach
pojawiło się coś, czego wcześniej u niego nie
widziałem – nie dumę, ale uznanie.

Dobrze, majtku. Zapisane.

A za ścianą, gdzieś bardzo głęboko, głos kobiety
nad przypaloną kaczką wreszcie ucichł. Nie nagle –
jakby ktoś zamknął drzwi. Powoli, jak oddech,
który w końcu się uspokaja.

Pętla pękła.

Panoramiczna mistyczna mapa Mid-World w stylu aetherpunkowej kartografii i celestycznego fantasy. W samym centrum wznosi się wysoka, krystaliczna latarnia morska, z której emanuje spiralna wiązka niebiesko-fioletowego światła, łącząca cztery strony świata. Na północy rozciągają się pradawne lasy kronik z fioletowo-bursztynowymi świetlistymi ścieżkami. Na wschodzie lśni turkusowe Morze Echa z drewnianymi jednomasztowymi żaglowcami płynącymi pod sierpem księżyca. Południe wypełniają złote geometryczne struktury i kryształowe matryce czasu, a zachód spowija mroczna obsydianowa pustka z unoszącym się popiołem. Całość przecinają świecące szlaki Echa, otaczają ją starożytne runy, róże wiatrów i ozdobna kartograficzna rama, tworząc atmosferę tajemnicy, pamięci i podróży pomiędzy światami.

Zostaw odpowiedź