
Rozdział 91
Kopyta na Matrycy
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa)
„System potrafi policzyć każdą falę na oceanie.
Ale nie potrafi policzyć chaosu,
który rozrywa ziemię pod kopytami.”— Zapiski na marginesie zniszczonego kodu
1.
Rano Morski Las był cichy.
Nie tak, jak wtedy, gdy zbliżali się Piraci — z tym
sterylnym chłodem ozonu, który wycinał
powietrze jak brzytwa.
Był cichy jak miejsce, które wie, że coś się kończy.
Jak oddech, który ktoś wstrzymuje przed skokiem.
Staliśmy na skraju katedry korzeni.
Cała załoga.
Rycerze w pancerzach z muszli.
Architekt na noszach — wciąż słaby, wciąż z
z implantami, które wygasały.
Pokrzywka z Ptakiem Modlitewnym na ramieniu, z
liściem w dłoni.
Tavis patrzył na wodę.
Kruszyciel Gładzi stał na kotwicy przy archipelagu
— nieruchomy, milczący, jak zwierzę, które wie, że
nie przetrwa kolejnej drogi.
— Statek nie przepłynie — powiedział kapitan. —
Zbyt płytko. Zbyt gęsto. Utknie przy pierwszym
lepszym korzeniu.
Eldrin Szary skinął głową. Jego oczy — szare jak
popiół — patrzyły na Las Brzegowy, który ciągnął
się wzdłuż wybrzeża jak rana.
— Dlatego pójdziecie lądem.
2.
Zaprowadzili nas na skraj archipelagu — tam,
gdzie Morski Las stykał się z lądem.
Widziałem go po raz pierwszy.
Las Brzegowy.
Ciągnął się wzdłuż wybrzeża jak blizna, której nikt
nie próbował zagoić.
Drzewa były niższe niż w Morskim Lesie, ale bardziej splątane — ich korzenie wgryzały się w
słoną ziemię, tworząc naturalne bariery i pułapki.
Mgła unosiła się nad mokradłami — gęsta, zimna,
pachnąca gnijącym drewnem i solą.
Za nami morze.
Przed nami — ciemność.
I wtedy to poczułem.
Nie usłyszałem. Nie zobaczyłem.
Poczułem — w drewnianym palcu.
Żywica w pączku nagle zastygła, jakby coś w głębi
lasu wstrzymało oddech.
Korzonki, które jeszcze przed chwilą piły wilgoć,
cofnęły się o milimetr.
Las nie był pusty.
Las nas widział.
— Tędy wiedzie Szary Trakt — powiedział Eldrin. —
Najkrótsza droga do Suchego Doksu. Ale nie
najbezpieczniejsza.
Tavis spojrzał na niego.
— Co tam jest?
Eldrin milczał przez chwilę.
Jego dłoń powędrowała do kieszeni — do kawałka
suszonej kory, który zawsze tam nosił.
— Wszystko, czego system nie potrafi policzyć.
3.
Z mgły wyszły konie.
Nie usłyszałem ich wcześniej.
Nie było parskania, nie było tętentu — tylko nagle,
z ciszy, wyłoniły się sylwetki.
Kopyta uderzyły o mokrą ziemię z głuchym
dudnieniem.
Były większe, niż spodziewałem się po obrazach w
notesie.
Grzywy splątane wodorostami i mchem.
Oczy żywe. Czujne. Nie puste — patrzyły.
Na ich czele stała kobieta.
Niska. Smukła.
Skóra barwy kory brzozowej, z ciemnymi smugami,
które wyglądały jak tatuaże albo blizny.
Włosy splecione w dziesiątki cienkich warkoczy, w
które powplatała korę, kości i muszle.
Oczy zielone — zbyt jasne, jakby patrzyły przez coś, czego nie widziałem.
Nie miała broni.
Nie potrzebowała.
Jej koń stał nieruchomo, choć inne parskały i
grzebały kopytami w mokrej ziemi.
Jakby tylko on wiedział, że ona nie jest jeźdźcem.
Jest częścią lasu.
— Nesha — powiedział Eldrin. — Strażniczka
Szarego Traktu.
4.
Nesha podeszła do Tavisa.
Nie ukłoniła się.
Nie wyciągnęła ręki.
Tylko spojrzała na niego długo i uważnie — jakby
ważyła coś, czego nie dało się zmierzyć.
— Wieziecie Architekta.
Jej głos był cichy, ale wyraźny.
Jak szum strumienia, który przedziera się przez
skały.
— Tak.
— I chcecie dotrzeć do Suchego Doksu.
— Tak.
Odwróciła wzrok w stronę ciemności lasu.
— Szary Trakt nie jest przejsciem. Jest pęknięciem.
Idzie się nim, bo nie ma innej drogi.
— Ale nie idzie się nim szybko.
Spojrzała na mnie i na Arię.
— …chyba że nie umiecie jeździć.
Nie zapytała, czy umiemy.
Wiedziała.
A potem — przez chwilę — coś w jej twarzy
drgnęło. Jakby powiedziała więcej, niż chciała.
— Ja też kiedyś jechałam tym traktem — dodała
cicho. — Z kimś, kto nie wrócił.
Dlatego wam mówię: nie zatrzymujcie się tam,
gdzie las jest zbyt cichy. Bo to nie znaczy, że nic
tam nie ma. To znaczy, że coś tam czeka.
Zamilkła.
— I nie pytajcie mnie, co straciłam. Bo odpowiedź
nie należy do was.
5.
Podział nastąpił szybko.
Morski Las.
Architekt — wciąż słaby, wciąż na noszach.
Pokrzywka — z Ptakiem Modlitewnym na ramieniu,
z liściem w dłoni.
Jasio Puls — z dłońmi, które gasły, gdy zbliżał się
Legion.
Rycerze z Morskiego Lasu — milczący, potężni,
gotowi oddać życie.
— Będziemy czekać — powiedział Jasio Puls. — I
słuchać.
Pokrzywka spojrzała na mnie.
Jej oczy były spokojne, ale w nich — coś, czego nie
chciała pokazać.
Strach.
Nie o siebie.
— Wróć — powiedziała cicho.
— Wrócę.
Nie wiedziałem, czy kłamię.
6.
Kolumna uformowała się sama.
Tavis na czele — na największym, czarnym koniu.
Siedział na nim jak ktoś, kto urodził się na grzbiecie
zwierzęcia, a nie na pokładzie statku.
Nesha — obok niego.
Jej koń był mniejszy, ale szybszy.
Nie trzymała wodzy.
Jej dłonie spoczywały na karku zwierzęcia, a konie
szły tam, gdzie chciała — bez słowa, bez rozkazu.
Mira Zielna — z torbą pełną flakonów i suszonych
liści.
— Beze mnie nie przeżyjecie w tym lesie nawet
dwóch cykli zegara — powiedziała, wsiadając na
konia. — Wasza krew zamieni się w cyfrową rdzę
przy pierwszym starciu.
Nikt nie zaprotestował.
Stary Brenn — na końcu kolumny.
Jego koń był stary, ale wciąż silny.
Brenn trzymał w dłoni topór.
— Te przeklęte czworonożne bestie bez steru —
mruknął. — Jak mam się na tym trzymać, jak nie
ma relingu?
Holik — obok niego.
Jego koń był najmniejszy, ale najzwinniejszy.
Holik siedział na nim krzywo, jakby zaraz miał
spaść, ale nie spadał.
— Nie martw się, stary — powiedział do Brenna. —
Jak spadniesz, to cię podniosę.
— Jak spadnę, to cię zabiję.
7.
A ja.
Ja stałem przy największym koniu, jakiego
widziałem.
Był czarny jak smoła.
Oczy miał ciemne, ale nie puste.
Patrzył na mnie.
Nie jak na jeźdźca.
Jak na kogoś, kogo trzeba sprawdzić.
Parsknął cicho, jakby testował mój zapach.
Obrócił łeb, powąchał powietrze przy moim
ramieniu.
A potem — nie cofnął się.
Został.
Tavis podszedł do mnie.
— Wsiadaj.
— Nie umiem…
— Nie pytam, czy umiesz. Mówię: wsiadaj.
Podszedł do Arii.
— Ty też. Za nim. Trzymaj się mocno i nie patrz w
tył.
Aria skinęła głową.
Jej dłoń dotknęła mojego ramienia.
— Razem — powiedziała cicho.
Wsiadłem.
Koń drgnął, ale nie uciekł.
Aria wsiadła za mną.
Jej ramiona oplotły się wokół mojej talii.
— Trzymaj się — powiedziałem.
— Trzymam.
8.
Nesha uniosła dłoń.
Nie krzyknęła.
Nie wydała rozkazu.
Po prostu podniosła rękę — i konie ruszyły.
Nie galopem.
Nie kłusem.
Spokojnym, miarowym krokiem, który wpasowywał
się w rytm lasu.
Kopyta uderzały o mokrą ziemię.
Mgła rozstępowała się przed nami — nie uciekała,
ale odsuwała się jak zasłona.
Za nami — cisza Morskiego Lasu.
Przed nami — pęknięcie.
Mój drewniany palec pulsował.
Żywica sączyła się z pączka.
Korzonki sięgały już do nadgarstka.
A gdzieś daleko, w czarnej wodzie — coś otworzyło
oko.
I zaczęło liczyć.
9.
Jechaliśmy długo.
Nesha prowadziła pewnie — omijając korzenie i
kałuże, których my nie dostrzegaliśmy.
Od czasu do czasu zatrzymywała się i pochylała
głowę, jakby nasłuchiwała nitek, których nie było
widać.
Mira zbierała mech i korę.
Nie mówiła po co.
Brenn narzekał.
— Te przeklęte bestie nie mają steru. Nie mają
relingu. Nie mają nawet porządnego siodła.
— Masz siodło — powiedział Holik.
— To nie jest siodło. To kawałek skóry przywiązany
do grzbietu.
— Więc nie narzekaj.
— Narzekam, bo mogę.
Tavis milczał.
Jechał na czele, obok Neshy.
Jego oczy były czujne.
A ja — ja trzymałem notes.
Nie otwierałem go.
Ręce miałem zajęte.
Ale czułem, jak notes pulsuje w kieszeni.
Jak coś próbuje się zapisać.
Aria trzymała mnie mocno.
— Boisz się — powiedziała cicho. Nie pytanie.
— Tak.
— Czego?
— Tego, że nie wiem, dokąd jedziemy. I że nie
wiem, czy wrócimy.
Milczała przez chwilę.
Potem położyła głowę na moich plecach.
— Wrócimy. Musimy.
— Dlaczego?
— Bo Pokrzywka czeka. Bo Architekt wciąż żyje.
Bo…
Zamilkła.
— Bo co?
— Bo jeszcze nie skończyłeś pisać.
10.
Nocą rozbiliśmy obóz.
Nie na ziemi — na platformie z korzeni, którą
Nesha znalazła w gęstwinie.
Była sucha, osłonięta, ukryta przed wzrokiem z
zewnątrz.
Konie stały wokół nas — nie przywiązane, ale nie
odchodziły.
Mira rozpaliła ogień.
Dym unosił się cienką smugą, którą las pochłaniał,
zanim zdążyła dotrzeć do nieba.
Brenn usiadł przy ogniu.
— Długo jeszcze? — zapytał.
Nesha spojrzała na niego.
— Trzy dni. Może cztery. Zależy, czy las nas
przepuści.
— A jeśli nie przepuści?
— Wtedy będziemy musieli go przekonać.
Brenn parsknął.
— Przekonać las. Jasne.
Holik usiadł obok niego.
— Wolałbyś przekonywać Piratów Legionu?
— Wolałbym wrócić na statek.
11.
Aria siedziała obok mnie.
Jej dłoń spoczywała na mojej — tej drewnianej.
Pączek pulsował pod jej palcami.
— Myślisz, że Pokrzywka sobie poradzi? — zapytała
cicho.
— Musi.
— A Architekt?
— On… on nie ma wyboru.
Aria milczała przez chwilę.
— Wiesz, co powiedział Brenn? Że rany to jedyne
miejsca, przez które potrafimy jeszcze płakać.
— Wiem.
— Myślisz, że to prawda?
Spojrzałem na swój palec.
Na pączek.
Na korzonki, które sięgały już do nadgarstka.
— Myślę, że to jedyna prawda, jaka nam została.
12.
Tej nocy nie spałem.
Siedziałem na skraju platformy, z notesem na
kolanach.
Otworzyłem go.
Karmazynowa nitka była spokojna.
Czekała.
Zacząłem pisać.
Rozdzieliliśmy się.
Jedni zostali, żeby słuchać.
My jedziemy, żeby nie dać się policzyć.
System potrafi policzyć każdą falę.
Ale nie potrafi policzyć tego,
co rozrywa ziemię pod kopytami.
Zamknąłem notes.
A gdzieś w ciemności — daleko, poza lasem, poza
mgłą, poza wszystkim, co znałem — coś zaczęło
się poruszać.
Nie szybko.
Nie gwałtownie.
Powoli.
Metodycznie.
Jak coś, co ma czas.
Jak algo rytm, który już policzył wszystkie nasze
kroki.
Notatka majtka
(zapisana w obozie, przy świetle małego ognia, drżącą ręką)
Dziś po raz pierwszy jechałem na koniu.
Nie umiałem.
Aria też nie.
Trzymaliśmy się siebie i grzywy.
Nesha widzi nitki, których my nie widzimy.
Powiedziała, że też jechała tym traktem.
Z kimś, kto nie wrócił.
Nie zapytałem, kto to był.
Ale zapamiętałem.
Brenn narzeka.
Holik żartuje.
Mira leczy.
Tavis prowadzi.
Pokrzywka została w Morskim Lesie.
Z Architektem.
Z Jasiem Pulsem.
Z Rycerzami.
Powiedziała: Wróć.
Powiedziałem: Wrócę.
Nie wiem, czy kłamałem.
Ale wiem, że notes wciąż pisze.
I że pączek na moim palcu wciąż rośnie.
A to znaczy, że jeszcze nie jestem liczbą.
Majtek.
Ktoś, kto jedzie.

