
ROZDZIAŁ 4 — Strażnicy Ech
Aelira patrzyła na troje ludzi stojących przed nią.
Różnili się wszystkim.
Rian nosił na twarzy zmęczenie człowieka, który przeżył więcej końców świata, niż ktokolwiek powinien.
Mira wyglądała, jakby każda sekunda odsłaniała przed nią kolejną przyszłość — i każda była ciężarem.
Orin trwał nieruchomo niczym posąg wykuty z
zapomnianej epoki. Sam jego oddech zdawał się
należeć do czasu, którego świat już nie pamiętał.
A jednak los przyprowadził ich tutaj.
Aelira zrozumiała, że czas nie tworzy przypadków.
On wybiera.
— Komnaty się budzą — powiedziała cicho Mira. — Kael je obudził…
Zawahała się.
— Albo coś przebudziło jego.
Rian natychmiast uniósł wzrok.
— Mów.
Jedno słowo.
Ostre jak klinga.
Mira zamknęła oczy.
— Widziałam drzwi.
Jej głos zadrżał.
— Drzwi, które nigdy nie powinny zostać otwarte. Kael stał przed nimi…
Zapadła cisza.
— …ale nie był sam.
Aelira poczuła, jak zimno przesuwa się po jej plecach.
— Kto?
Mira otworzyła oczy.
Były pełne łez.
— Nie wiem.
Oddech uwiązł jej w gardle.
— Nie potrafię go nazwać.
— To człowiek? — zapytał Orin.
Mira powoli pokręciła głową.
— Nie.
— Istota?
— Nawet nie.
Spojrzała gdzieś poza nich.
— To coś, czego czas nie zna.
Zapadła długa cisza.
Orin pierwszy ją przerwał.
— Wszystko ma Echo.
Mira spojrzała na niego.
— Ono nie miało.
Te trzy słowa zabrzmiały ciężej niż krzyk.
Aelira zrozumiała, że jeśli Mira mówi prawdę, świat
właśnie przestał przestrzegać własnych zasad.
— Ruszamy do Komnat.
Rian skinął głową.
— W jednej z moich przyszłości próbowałem tam dotrzeć.
— I?
— Umarłem, zanim zobaczyłem drzwi.
Spojrzał na pozostałych.
— Tym razem nie idę sam.
Schodzili przez milczące ulice Aelionu.
Miasto przypominało obraz, z którego ktoś zaczął ścierać farbę.
Starszy mężczyzna obracał w dłoniach drewnianą
zabawkę.
Patrzył na nią z rozpaczą.
Nie pamiętał, do kogo należała.
Kobieta tuliła fotografię.
Nie rozpoznawała twarzy własnego syna.
Dziecko pytało matkę, jak ma na imię.
Aelira odwróciła wzrok.
To nie była wojna.
To było wymazywanie istnienia.
— Jeśli Kael wygra… — wyszeptała.
— Nikt nie będzie pamiętał, że kiedykolwiek
żyliśmy — odpowiedział Orin.
Wejście ukryte było pod najstarszą częścią miasta.
Kamienna płyta wyglądała zwyczajnie.
Tylko Strażnicy wiedzieli, czym naprawdę jest.
Aelira położyła dłoń na kamieniu.
Znak na jej skórze rozbłysł srebrem.
Przez chwilę całe podziemie zadrżało.
Potem rozległ się niski, głęboki dźwięk.
Jak bicie serca.
Schody zaczęły odsłaniać się same.
Prowadziły w dół.
Coraz głębiej.
Jakby schodziły nie pod miasto…
lecz pod sam czas.
Powietrze pachniało kurzem, mokrym kamieniem i
czymś, czego nie potrafili nazwać.
Stare wspomnienia miały swój własny zapach.
Sala była ogromna.
Nikt się nie odezwał.
Przed nimi stały Drzwi.
Nie wyglądały, jakby zostały zbudowane.
Wyglądały, jakby istniały od zawsze.
Ich powierzchnia płynęła niczym spokojna rzeka.
Pojawiały się na niej obrazy.
Pierwszy oddech noworodka.
Ostatni uśmiech umierającego.
Korony.
Bitwy.
Łzy.
Śmiech.
Pierwszy pocałunek.
Ostatnie pożegnanie.
Cała historia świata oddychała przed ich oczami.
Nad drzwiami widniał napis.
KOMNATA I — NARODZINY
— To tutaj wszystko się zaczęło… — wyszeptała Aelira.
Rian powoli napiął cięciwę łuku.
Nie spuszczał wzroku z drzwi.
Mira wyciągnęła dłoń.
Natychmiast ją cofnęła.
— One żyją.
Spojrzeli na nią.
— Komnaty nie są miejscami.
Są pamięcią świata.
A pamięć nie oddaje swoich sekretów za darmo.
Orin dobył miecza.
— Wspomnienia potrafią walczyć.
Aelira zrobiła krok naprzód.
Przyłożyła dłoń do drzwi.
Symbol zapłonął.
Nie srebrnym.
Białym światłem.
Drzwi otworzyły się bez najmniejszego dźwięku.
Nie było huku.
Nie było eksplozji.
Tylko światło.
Nieskończone.
Ciepłe.
Starsze od czasu.
Aelira weszła.
I wtedy usłyszała głos.
Cichy.
Dziecięcy.
Drżący.
— Aeliro…
Serce zatrzymało się na ułamek sekundy.
— …pamiętasz mnie?
Jej nogi odmówiły posłuszeństwa.
To było niemożliwe.
Ten głos znała lepiej niż własny.
Głos, który płakał z nią jako dziecko.
Głos, który zamilkł wiele lat temu.
Głos jej brata.

