
ROZDZIAŁ 5 — Komnaty Czasu
Głos jej brata nie powinien istnieć.
Aelira wiedziała to z absolutną pewnością, tak
samo jak wiedziała, że czasu nie da się cofnąć.
Umarli nie wracają. Wspomnienia mogą boleć,
lecz
nigdy nie odzyskują oddechu.
A jednak, stojąc w progu Komnaty Narodzin,
usłyszała szept.
Cichy.
Drżący.
Dziecięcy.
Dokładnie taki, jaki pamiętała z nocy, gdy Rianor
bał się burzy.
— Aeliro… pamiętasz mnie?
Światło Komnaty pulsowało rytmem
przypominającym bicie serca świata.
Nie było białe.
Nie było złote.
Było barwą istniejącą jeszcze przed narodzinami
światła.
Rian napiął cięciwę.
Mira odruchowo cofnęła się o krok.
Orin zacisnął dłoń na rękojeści miecza.
Tylko Aelira pozostała nieruchoma.
— To nie on — powiedziała spokojnie.
Mira skinęła głową.
— Komnaty nie tworzą iluzji. Wydobywają Echo tego, co nosimy najgłębiej.
— Po co? — zapytał Rian.
— Żeby sprawdzić, czy jesteśmy gotowi wejść.
Zapadła cisza.
Potem głos rozległ się ponownie.
Znacznie bliżej.
— Dlaczego mnie zostawiłaś?
Słowa uderzyły mocniej niż jakikolwiek miecz.
Aelira poczuła znajomy ból — stary, uśpiony, lecz
nigdy niewygasły.
To była rana, której czas nie potrafił zamknąć.
Orin zrobił krok naprzód.
— Jeśli to pułapka…
— …to muszę przejść przez nią sama.
Nie czekając na odpowiedź, weszła w światło.
Komnata nie miała ścian.
Nie miała podłogi.
Nie miała sklepienia.
Była nieskończoną przestrzenią utkanych z blasku
wspomnień.
Wokół niej pojawiały się obrazy.
Narodziny.
Pierwszy oddech.
Pierwszy płacz.
Pierwszy uśmiech.
Pierwsze słowo.
Każda chwila rozpływała się w świetle niczym
kropla wpadająca do bezkresnego oceanu.
Aelira czuła, że Komnata patrzy.
Nie oczami.
Lecz samym istnieniem.
— Dlaczego mnie wołasz?
Światło zgęstniało.
Powoli wyłoniła się sylwetka chłopca.
Siedem lat.
Rozczochrane włosy.
Nieśmiały uśmiech.
Dokładnie taki, jakim zapamiętała swojego brata.
— Wróć do domu…
Wyciągnął ku niej rękę.
Przez jedno uderzenie serca zapragnęła ją chwycić.
Tak bardzo, że aż zabolało.
Zamknęła oczy.
Wzięła głęboki oddech.
— Nie…
Otworzyła je ponownie.
Łzy błyszczały w świetle Komnaty.
— Nie jesteś nim.
Chłopiec zamilkł.
— Jesteś Echem.
— Jesteś wszystkim, co po nim zostało.
— Ale Echo nie jest życiem.
Światło zadrżało.
— Jestem tutaj — wyszeptał.
— Zawsze byłem.
Aelira pokręciła głową.
— Nie.
— Ty jesteś moją tęsknotą.
— On odszedł.
— A jeśli chcę ocalić przyszłość…
…muszę pozwolić odejść przeszłości.
Przez chwilę świat zamarł.
Nawet światło przestało pulsować.
Potem chłopiec uśmiechnął się.
Nie smutno.
Dumnie.
Jak brat, który właśnie przestał się bać.
— Dobrze.
— Zrozumiałaś.
Jego ciało rozsypało się w tysiące świetlistych
drobin.
Nie zniknęły.
Powróciły do Komnaty.
Jakby nigdy nie należały do niego.
Jakby zawsze należały do czasu.
Cała przestrzeń rozświetliła się.
Aelira poczuła obecność czegoś niewyobrażalnie
starego.
Nie istoty.
Nie boga.
Samego Początku.
Przed nią otworzył się korytarz utkany z wirujących
Echo.
Na jego końcu zapłonął pierwszy znak.
🜂 Narodziny
Nie był wyrzeźbiony.
Nie wisiał w powietrzu.
Płonął wewnątrz samej rzeczywistości.
Aelira odwróciła się.
— Możemy iść.
Rian powoli opuścił łuk.
— To była dopiero pierwsza?
— Pierwsza z dwudziestu czterech — odpowiedziała Mira.
Orin długo patrzył na symbol.
— Myślałem, że będziemy walczyć z potworami.
Mira pokręciła głową.
— Najgroźniejsze potwory nosimy w sobie.
Aelira ruszyła pierwsza.
Pozostali podążyli za nią.
Światło zamknęło się bezgłośnie.
Jakby Komnata nigdy nie pozwoliła nikomu wejść.
I nigdy nikogo nie wypuściła.
W ciszy, której nie usłyszał żaden śmiertelnik,
Komnata Narodzin przemówiła.
„Pierwsze Echo zostało naruszone.
Jeżeli nie zostanie odtworzone…
czas zapomni własne imię.”

