
ROZDZIAŁ 11
Miasto, które zapomniało swoje
imię
Pierwszy Dzwon Zapomnienia
Nad Aelionem nie było już nieba.
Były tylko pęknięcia.
Rozchodziły się po sklepieniu świata niczym rysy
na szkle.
Z każdą chwilą stawały się większe.
Z każdą chwilą cisza stawała się cięższa.
A potem…
zaczęło padać.
Nie deszcz.
Nie śnieg.
Z nieba opadały wspomnienia.
Dziesiątki.
Setki.
Tysiące świetlistych drobin.
Każda była czyimś życiem.
Czyimś śmiechem.
Czyimś ostatnim spojrzeniem.
Ludzie wyciągali dłonie.
Kiedy dotykali światła…
ich twarze zmieniały się.
Jedna kobieta spojrzała na dziecko stojące obok.
— Kim… jesteś?
Chłopiec rozpłakał się.
— Mamo…
Ale ona cofnęła się ze strachem.
Nie pamiętała własnego syna.
Kilka ulic dalej starzec zatrzymał się przed pomnikiem.
Czytał wyryte litery.
Po chwili zmarszczył brwi.
— Aelion…
Nigdy nie słyszałem tej nazwy.
Cisza przecięła Aelion — nie zwykła, lecz taka, która
pamiętała więcej niż ludzie.
W jednej chwili całe miasto zaczęło tracić siebie.
Nazwy ulic znikały z kamiennych tablic.
Księgi w bibliotekach stawały się puste.
Portrety traciły twarze.
Muzyka milkła w połowie melodii.
Historia nie była niszczona.
Była…
zapominana.
Aelira patrzyła na to z przerażeniem.
— To niemożliwe…
Przez ułamek sekundy Aelira poczuła, że jeśli
pozwoli sobie na strach, światło w jej dłoni zgaśnie
— a wraz z nim wszystko, co jeszcze pamiętało jej
imię.
Mira uklękła.
Jej dłonie drżały.
— Legion nie podbija świata.
On wymazuje powód jego istnienia.
Mira wiedziała, że jeśli się pomyli, jeśli źle odczyta
naturę Legionu, cały świat zapłaci za jej błąd — a
ta świadomość ścisnęła jej gardło bardziej niż
strach.
W tej samej chwili rozległ się dźwięk.
Niski.
Potężny.
Przeszył całe miasto.
Na szczycie Wieży Czasu poruszył się olbrzymi
dzwon.
Strażnicy pobledli.
Orin zamknął oczy.
— Nie…
Nie ten dzwon…
Aelira spojrzała na niego.
— Co oznacza?
Orin odpowiedział głosem, którego nigdy
wcześniej u niego nie słyszała.
— Koniec.
— Jakiej bitwy?
— Nie bitwy.
Domu.
Dzwon zabrzmiał drugi raz.
Całe Aelion odpowiedziało.
Mosty zaczęły się składać.
Wieże obracały się wokół własnych osi.
Ulice przesuwały się jak elementy ogromnego
mechanizmu.
Ktoś potknął się, gdy chodnik pod jego stopami
drgnął o ułamek sekundy za wcześnie — tak
szybko, że nawet nie zdążył złapać oddechu.
Miasto… uciekało.
Nie przed armią.
Przed zapomnieniem.
Daleko nad nimi Kael obserwował wszystko z
najwyższej szczeliny czasu.
Nie uśmiechał się.
Wyglądał na człowieka, który właśnie zobaczył coś,
czego sam się nie spodziewał.
— Więc naprawdę żyje…
wyszeptał.
— EchoZeit się obudziło.
Nagle ziemia pękła.
Nie od uderzenia.
Od głosu.
Głosu tak starego, że pamiętały go tylko Komnaty.
Całe miasto usłyszało te same słowa.
„Strażnicy… wróćcie do Źródła.”
„Pierwsze Echo zostało odnalezione.”
„Rozpoczyna się Ostatnia Wojna.”
Aelira poczuła, jak światło w jej dłoni staje się coraz
jaśniejsze.
Po raz pierwszy nie widziała wspomnień.
Widziała przyszłość.
Płonące miasta.
Upadające Komnaty.
Morze zegarów zatrzymanych o tej samej
sekundzie.
I jedną postać…
stojącą samotnie przed Drzwiami oznaczonymi
liczbą 25.
Postać odwróciła się.
Miała twarz Aeliry.
Ale jej oczy były całkowicie czarne.
— To nie jest przyszłość… — wyszeptała Mira.
— To ostrzeżenie.

