
Rozdział 86
Morski Las
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa)
„Dopóki o niej pamiętam,
żadna siła we wszechświecie
nie wymaże mojej tożsamości.”— Zapisek w notesie majtka
1.
Wypłynęliśmy z Suchych Doksów przed świtem.
Za nami zostały zardzewiałe kadłuby i milczące
dźwigi.
Przed nami — czarna woda, która na mapach
Systemu widniała jako błąd zapisu.
Kruszyciel Gładzi płynął wolno. Silniki pracowały
cicho, jakby bały się obudzić coś, co spało pod
powierzchnią.
Aria stała obok mnie przy burcie. Blizna na jej
ramieniu lśniła słabo w blasku księżyca.
— Czujesz to? — zapytała.
Notes w mojej dłoni drżał coraz mocniej. Karmazynowe nitki układały się w linie, których
wcześniej nie było.
2.
Najpierw poczuliśmy korzenie.
Kadłub otarł się o coś miękkiego i żywego. Statek
zadrżał — nie jak przy uderzeniu o skałę, lecz
jakby coś pod nami nas rozpoznało i przepuściło.
Potem nad głowami zamiast nieba pojawił się
gęsty baldachim liści, z których skapywała słona
woda.
Morski Las.
Gigantyczne drzewa wyrastały prosto z dna
oceanu. Ich pnie były grube jak wieże, a korzenie
tworzyły platformy, mosty i całe pływające wyspy.
Między nimi tkwiły zardzewiałe kadłuby dawnych
okrętów — niektóre całkowicie porośnięte korą i
nitkami, inne wciąż zachowujące kształt.
To nie było miasto zbudowane.
To było miasto wyhodowane.
3.
Z mgły wyszli rycerze.
Pancerze mieli z odzysku — pospawane z blach,
obrośnięte muszlami i splątane karmazynowymi
nitkami. Miecze wyglądały jak przekute kotwice.
Jeden z nich uniósł ostrze.
Tavis podniósł ręce.
Ja uniosłem notes.
Rycerz spojrzał na drgające strony, potem na moją
drewnianą dłoń. Opuszczono broń. Utworzyli
szpaler.
4.
Na pokładzie największego okrętu, w sali
oświetlonej świecami i bioluminescencyjnymi
algami, klęczał mężczyzna w szarym płaszczu.
Eldrin Szary.
Nie siedział na tronie. Kreślił srebrną linię na
jedwabnym zwoju.
Kiedy podniósł wzrok, przez chwilę milczał.
— Twoja krzywa linia szwu zbiegła się z moim
Szarym Traktem — powiedział. — Przyprowadziłeś mi Pokrzywkę. Mapę, której szukałem od początku
epoki.
Spojrzał na Tavisa.
— I przywiodłeś mi czas.
5.
Dali nam noc.
Po raz pierwszy od wielu dni mogliśmy oddychać
bez uciekania.
Na kładkach między kadłubami palono ognie. Pachniało pieczoną rybą i prawdziwym dymem. Dzieci biegały boso. Kobiety plotły sieci z
dodatkiem karmazynowych nitek. Rycerze
naprawiali burty.
To było życie. Zwykłe. Ludzkie.
Aria i ja usiedliśmy na krawędzi pokładu. Pod nami
świeciły turkusem delfiny.
— Boję się, że te głosy wrócą — powiedziała cicho.
— Te z korytarzy.
Wziąłem jej dłoń. Moja drewniana dłoń nie była już
tylko protezą. Pod jej palcami czułem ciepło.
— Piszę o tobie — powiedziałem. — Dopóki o tobie
pamiętam, żadna siła we wszechświecie nie
wymaże mnie do końca.
Pocałowała mnie. Prosto. Bez pośpiechu.
Notes leżący między nami na chwilę przestał drżeć.
6.
Rano Eldrin wezwał mnie samego.
Położył przede mną mapę, która była raczej
zbiorem pęknięć.
— System wysłał Fazę II, żeby odciąć nasze
korzenie. Jeśli namierzą Pierwsze Drzewo, cały las
zginie.
Spojrzałem na mapę.
— Dlaczego ja? — zapytałem. — Dlaczego nie
Tavis? Nie ty?
Eldrin odłożył pióro.
— Bo Tavis jest za głośny. Jego kora świeci jak
latarnia dla Wyciszaczy. Ja jestem zbyt stary —
moje echo już nie rezonuje z Drzewem.
Podszedł do mnie bliżej.
— A ty masz coś, czego nie ma nikt z nas. Nosisz
szew. Nosisz zadrę. Nosisz notes, który nie
zapisuje danych — zapisuje pamięć. Drzewo
rozpozna cię nie po imieniu. Po ranie.
Podał mi stare drewniane wiosło.
— Musisz tam dotrzeć. Sam. Małą łodzią. Bez
sygnału.
Płyń tam, gdzie sól miesza się ze łzami starego
świata.
Twój notes nie szuka cyfr. Szuka prawdy.
7.
Wieczorem stałem na burcie małej drewnianej
łodzi.
Za mną zostawał rdzawy archipelag, ognie i Aria,
która patrzyła, aż zniknę w mgle.
Wilk Literowy nie wszedł do łodzi. Tylko spojrzał z
platformy i szepnął gasnącymi literami:
Pamiętaj, kim jesteś.
Zacząłem wiosłować.
8.
Mgła gęstniała z każdym pociągnięciem wiosła.
Miała smak soli i rdzy. Dźwięki przygasały, aż
został tylko oddech i cichy szelest atramentu.
Notes pisał sam.
Nie ufaj ciszy.
Nie ufaj głosom.
Nie ufaj sobie.
Zamknąłem go i płynąłem dalej.
9.
Po kilku godzinach wiosłowania poczułem to.
Najpierw w drewnianym palcu — żywica zrobiła się
zimna, jakby dotknęła lodu. Potem w plecach.
Potem w ramionach.
Każde pociągnięcie wiosła bolało bardziej niż
poprzednie.
Nie jak zmęczenie. Jakby coś wysysało mnie od
środka.
Spojrzałem na wodę.
Pod powierzchnią, tuż pod łodzią, sunęły cienie.
Długie. Cienkie. Bez twarzy. Płynęły równo z łodzią
i nie odpływały. Wyciszacze Fazy II — tylko że te
nie skrobały. Czekały.
Jedna z igieł wysunęła się z wody i musnęła burtę.
Lód pojawił się natychmiast — cienki, biały,
pełznący w stronę mojej dłoni.
Zamarłem. Oddech uwiązł mi w gardle.
Cofnąłem rękę.
Notes drgnął. Otworzył się sam na stronie z
krzywym szwem. Przeczytałem na głos:
— To jest zadra. I to jest moje.
Igła cofnęła się.
Cień odpłynął.
Ale nie zniknął. Czekał gdzieś dalej, przy kolejnym
zakręcie korzeni.
Wiosłowałem dalej.
Ręce bolały. Żywica w palcu zastygła.
Ale nie przestałem.
10.
Usłyszałem je, zanim zobaczyłem.
Śpiew — zbyt piękny, zbyt słodki. Potem głosy.
Tavis. Aria. Pokrzywka.
— Wróć. Zostań. Nie idź.
Prawie uwierzyłem.
Ale notes drgnął. Wyciągnąłem go i zacząłem
czytać na głos własne zapiski. O krzywym szwie. O
runie, która była zimna, a potem ciepła. O dłoni,
która przez chwilę nie bolała.
Śpiew rozpadł się. Głosy rozsypały się na szum.
Popłynąłem dalej.
11.
W najciemniejszym miejscu lasu zobaczyłem
srebrne światło.
Na wodzie stał Głębinowy Jednorożec. Sierść miała
kolor księżyca, róg był skondensowanym
światłem.
Patrzył na mnie. Czekał.
Wyciągnąłem notes.
Jednorożec pochylił głowę i dotknął go rogiem.
Notes przestał drżeć.
Po raz pierwszy od bardzo dawna.
Zaczął świecić spokojnym, srebrzystym światłem.
A ja — poczułem coś, czego nie umiem do końca
nazwać.
Nie ulgę.
Nie radość.
Ciszę. W środku. Taką, jakiej nie miałem od czasów
Bazy Nadzieja. Jakby przez chwilę nikt mnie nie
liczył. Jakbym nie musiał być niczyim numerem,
niczyim błędem, niczyim zadaniem.
Tylko sobą.
Jednorożec zniknął w mgle.
Przez chwilę siedziałem nieruchomo w łodzi. Nie
chciałem nic zapisywać. Chciałem tylko siedzieć i
oddychać.
Notes leżał na kolanach. Ciepły. Jakby wciąż
trzymał światło, którego dotknął.
Pomyślałem o cieple dłoni Arii.
Potem popłynąłem dalej.
12.
Pierwsze Drzewo wynurzało się z wody jak
wyhodowana katedra.
Wpłynąłem do jego serca. Dotknąłem kory
drewnianą dłonią.
Drzewo rozpoznało mnie nie po imieniu — po
szwie.
Poczułem pytanie. Nie słowami. Ciężarem.
Mogłem zapisać tylko wspomnienia osady.
Albo więcej. Ręka zadrżała nad notesem. Atrament
zastygł na końcu pióra.
Siebie.
Ją.
Usłyszałem dalekie skrobanie.
Wyciszacze Fazy II.
Czas się skończył.
Pochyliłem się nad notesem i zacząłem pisać.
Wszystko.
Imiona. Śmiech. Łzy. Ogień. Deszcz.
Szew. Runę. Mapę. Krew.
Zadrę.
Kiedy skończyłem, notes zamknął się sam.
Drzewo drgnęło.
— Teraz idź. I pamiętaj.
13.
Wiosłowałem długo.
Notes leżał na dnie łodzi. Ciężki. Ciepły. Spokojny.
Nie otwierałem go.
Wiedziałem, co jest w środku.
Wiedziałem też, że muszę wrócić.
Muszę jej powiedzieć, że pamiętam.
Nie wszystko.
Ale pamiętam ciepło.
Mgła zaczęła się przerzedzać.
Najpierw zobaczyłem światło — nie srebrne, nie
systemowe. Pomarańczowe. Ognie na kładkach.
Potem usłyszałem dźwięk.
Ktoś uderzał metalem o metal — rytmicznie, jakby
wybijał jakiś rytm. Nie alarm. Powitanie.
A potem zobaczyłem ją.
Aria stała na skraju pomostu. Nie ruszała się. Nie
wołała. Tylko patrzyła — i trzymała w dłoni liść
Pokrzywki, który dziewczynka jej zostawiła, kiedy
nie mogła zasnąć.
Kiedy łódź dotknęła pomostu, wyciągnęła rękę.
Nie powiedziałem nic.
Ona też nie.
Ale kiedy moja drewniana dłoń dotknęła jej dłoni,
poczułem to samo ciepło, co przy Jednorożcu.
Ciszę. W środku.
I po raz pierwszy od bardzo dawna — nie bałem się
jej.
Notatka majtka
(zapisana na krawędzi łodzi, po powrocie — drżącą
ręką, atramentem, który pachniał solą i strachem)
Nie zapiszę tu, co widziałem.
Nie zapiszę drzew, rycerzy, światła ani ciszy.
To wszystko jest już w notesie. W szwie. W zadrze.
Zapiszę tylko to, czego nie potrafię zapisać nigdzie indziej.
Zapiszę to, że kiedy byłem blisko Drzewa
— nie poczułem mocy. Nie poczułem wybraństwa.
Poczułem ciężar.
Ciężar tego, że mogę coś stracić. Nie coś, co mam.
Coś, czym jestem.
I zapiszę to, że mimo tego ciężaru — pisałem.
Nie dlatego, że wiedziałem, co robię.
Nie dlatego, że byłem odważny.
Dlatego, że nie umiałem inaczej.
Bo jeśli przestanę pisać — przestanę istnieć.
A ja nie chcę przestać istnieć.
Nie dlatego, że boję się śmierci.
Dlatego, że obiecałem jej coś.
Powiedziałem: Dopóki o tobie pamiętam, żadna siła mnie nie wymaże.
Nie powiedziałem, że będę pamiętał zawsze.
Powiedziałem, że dopóki pamiętam.
A to znaczy, że muszę wrócić.
Muszę jej powiedzieć, że pamiętam.
Muszę jej powiedzieć, że pisałem.
Muszę jej powiedzieć, że zadra wciąż jest.
I że to wystarczy. Że wciąż płynę.
Majtek.
Ktoś, kto wciąż płynie.

