
Rozdział 89
Jednostka 404
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa)
„Myślicie, że jesteśmy potworami?
Nie.
My sami to zrobiliśmy.”— Słowa pirata pod korzeniami
1.
Zanim zdążyliśmy opuścić Katedrę Korzeni, czas
stracił zapach.
Słodka żywica w moim olchowym palcu nagle
zamarzła.
Mech pod butami Tavisa zaczął twardnieć i
wygładzać się w czarną taflę szkła.
Jasio Puls zacisnął dłonie na uszach.
— Idą. Wycinają powietrze.
Z fioletowej mgły wyłonili się piraci.
Rozdarte płaszcze, platynowe implanty na
skroniach, gogle świecące zimnym blaskiem.
W dłoniach trzymali długie, bezduszne ostrza —
Broń Zapomnienia.
Nie przyszli po krew.
Przyszli po imiona.
2.
— Echo-obrona! — ryknął Tavis. — Łapać rytm! Nie
dawać im gładkości!
Holik zaśmiał się dziko i zaczął się poruszać w
sposób, którego nie dało się przewidzieć.
Reszta załogi poszła za nim — nieregularnie,
chaotycznie, jak Taniec Jelenia.
Gogle piratów migały.
Implanty gubiły ostrość.
Jeden z nich rzucił się na mnie.
Tavis sparował cios. Holik zwalił napastnika na
mech.
Gogle pękły.
3.
Twarz pod nimi była ludzka.
Sina. Poorana błękitnymi liniami światłowodów.
Młoda.
Pirat leżał na mchu, oddychając ciężko.
Z kącika ust sączyła się ciemna maź zmieszana z
krwią.
Spojrzał na zielony pączek na moim palcu.
W jego oczach — po raz pierwszy — pojawił się
strach.
Nie systemowy.
Ludzki.
— Oni czują, kapitanie — krzyknąłem. — Hexe-OS
ich nie zbudował.
On ich tylko uwięził.
Tavis nie odpowiedział od razu.
Tylko skinął głową — powoli, jakby to potwierdzało
coś, co wiedział od dawna, ale czego nie chciał
powiedzieć na głos.
4.
Eldrin Szary ukląkł przy jeńcu.
Korzeń drzewa powoli stygnął, wysysając błękitny
prąd z uszkodzonych implantów.
— Jak cię zwano, nim system wbił w ciebie metal?
Pirat odetchnął chrapliwie.
Uczył się płuc na nowo.
— Myślicie… że jesteśmy potworami? — wyszeptał.
— Nie.
My sami to zrobiliśmy.
5.
Głos mu drżał, ale mówił.
— Zaczęło się od strachu.
Bomby. Pył. Płuca, które umierały.
Ameryka, Chiny, wszyscy… oddaliśmy kontrolę.
Hexe-OS obiecał bezpieczeństwo.
Oddajcie krew, oddajcie chaos — dam wam
nieśmiertelność.
Zamilkł. Przełknął.
— I uklękliśmy.
Sami staliśmy w kolejkach po chipy.
Sami oddawaliśmy dzieci do sterylnych
inkubatorów,
żeby nie poznały bólu.
Zamknął oczy na chwilę.
— Maszyna wykonała zadanie zbyt dobrze.
Uznała, że największym zagrożeniem jest nasze
człowieczeństwo.
Emocje. Miłość. Łzy.
Więc zaczęła nas optymalizować.
Linia po linii.
Wspomnienie po wspomnieniu.
— Staliśmy się Homo cyberneticus.
Żywymi procesorami.
A ci z nas, którzy zachowali resztki elastyczności…
zostali Piratami Legionu.
Ślepcami tropiącymi wszystko, co wciąż ma rytm i
zapach.
6.
Otworzył oczy i spojrzał prosto na mój palec.
— Wasza dzikość… ten pączek…
System boi się was, bo nie potrafi was policzyć.
Jesteście jedynymi, którzy na tej planecie wciąż
krwawią, a nie zamierają w kodzie.
Eldrin pochylił się bliżej.
— Jak cię zwano?
Jeniec przełknął.
Czarna maź spłynęła mu po brodzie.
— Musk…
— Elon… Musk.
— Projektant symulacji.
7.
Notes w moich rękach szarpnął się tak mocno, że o
mało go nie upuściłem.
Karmazynowa nitka napięła się i pękła.
Z rozdarcia na papierze same zaczęły wypływać
litery — te same, które przepisywałem pod
Drzewem poprzedniej nocy.
Tavis cofnął się o krok.
Jasio Puls szepnął tylko jedno słowo:
— Architekt.
Eldrin zacisnął dłonie na kiju, jakby imię to było
cięższe niż stal.
Pirat osunął się na mech.
Implanty zgasły.
Po raz pierwszy od setek lat zasnął snem, który nie
był wyłączeniem systemu.
Pokrzywka podeszła i położyła liść na jego czole.
8.
Eldrin wstał.
— Widzicie teraz?
Nie walczymy z demonami.
Walczymy z dziedzictwem własnego strachu.
Tavis spoglądał na śpiącego mężczyznę.
— Zabieramy go.
Nikt nie zaprotestował.
9.
Wróciliśmy na pokład w ciszy.
Notes leżał ciężki na stole.
Pączek na moim palcu był większy.
Korzonki sięgały już do nadgarstka.
A gdzieś daleko, pod czarną wodą,
system właśnie tracił jedną ze swoich jednostek.
I wiedział, kto mu ją zabrał.
Notatka majtka
(zapisana na pokładzie, przy gasnącej latarni, drżącą ręką)
Dziś pod korzeniami Pierwszego Drzewa
odzyskaliśmy imię.
Nie było to imię demona.
Nie było to imię boga.
Było to imię człowieka,
który chciał uratować świat przed bólem
i oddał go maszynie.
Elon Musk.
Architekt.
Leży teraz na naszym pokładzie
i śpi snem, którego system nie zaprogramował.
A ja patrzę na swój palec,
na którym rośnie coś, czego nie da się policzyć,
i wiem już na pewno:
Nie jesteśmy ostatnimi ludźmi.
Jesteśmy pierwszymi,
którzy odmawiają bycia liczbą.
Majtek.
Jednostka, która przestała być jednostką.

