
Rozdział 93
Pieśń z Pękniętej Kory
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa)
„Czas stracił zapach,
a wy wciąż potraficie gubić sumy kontrolne.”
— Pierwsze słowa Lirandela
1.
Obudziliśmy się o świcie.
Ogień dogasał — ostatnie węgle tliły się pod
warstwą popiołu, a dym unosił się cienką smugą
między słonymi liśćmi Lasu Brzegowego. Konie
stały spokojnie, nieprzywiązane, jak zawsze. A
Nesha siedziała już wyprostowana na skraju
platformy z korzeni, nasłuchując czegoś, czego my
jeszcze nie słyszeliśmy.
Jej oczy — zielone, zbyt jasne — patrzyły w głąb
mgły.
I wtedy z fioletowej mgły na skraju platformy
wyłonił się cień.
Konie nawet nie drgnęły. Tylko zgodnie obróciły łby
w tamtą stronę i cicho parsknęły — jakby witały
kogoś, kogo znają.
2.
Był młody.
Postrzępiony, podróżny płaszcz zmieniał odcień jak
szum nad wodą — raz szary, raz zielonkawy, raz
prawie przezroczysty. Na plecach, na rzemieniu
splecionym z wysuszonych pędów chmielu, niósł
dziwny instrument. Pudło rezonansowe wycięte z
pękniętej kory starej olchy. Struny srebrne, grube,
drgające przy każdym powiewie wiatru — nawet
wtedy, gdy nikt ich nie dotykał.
Miał twarz, która wyglądała, jakby widziała więcej
niż powinna — oczy za stare, usta za smutne.
Usiadł bez pytania na zwalonym kłączu, tuż obok
Holika. Jakby znał to miejsce. Jakby był tu
wcześniej.
— Czas stracił zapach, a wy wciąż potraficie gubić
sumy kontrolne — powiedział spokojnie.
Jego głos był cichy, ale wyraźny. Jak struna, która
drga, choć nikt jej nie szarpnął.
— Jestem grajkiem z Szarego Traktu. Ścigam
pieśni, które Hexe-OS próbował zaszyć w swoich
szklanych serwerach.
3.
Brenn zmrużył oczy, wciąż trzymając się za lędźwie
— pozostałość po nocnej walce z salamandrą.
— Kolejny lądowy pasażer bez przydziału —
mruknął. — Masz chociaż w tym pudle jakiś ster,
czy będziesz brzęczał bez ładu jak te piskliwe
Ondyny w bagnie? Bo jeśli to ma być muzyka, to ja
wolę, jak Holik fałszuje szanty. A on fałszuje tak, że
ryby na dnie morza się żegnają.
Holik parsknął.
— Dziękuję, bosmanie. Zawsze wiedziałem, że
mnie doceniasz.
Grajek tylko uśmiechnął się łagodnie.
Dotknął srebrnych strun.
Jego palce — ku mojemu zdumieniu — również
nosiły ślady Przemiany Drzewnej. Cienkie żyłki
żywicy biegły pod skórą, splatając się z liniami
papilarnymi. Nie było to kalectwo. Było coś więcej.
Gdy szarpnął strunę, z instrumentu wydobył się
dźwięk tak głęboki, że rdzawa ziemia pod
kopytami zaczęła cicho rezonować. Konie drgnęły
— nie ze strachu, ale z rozpoznania.
To było Bursztynowe Echo.
4.
— Nazywam się Lirandel — powiedział. —
Pieśniarz Zapomnianych Dróg.
Tavis podniósł wzrok. Jego ręka — ta, która zwykle
spoczywała na rękojeści korda — pozostała
nieruchoma.
— Skąd wiesz o sumach kontrolnych?
Lirandel nie odpowiedział od razu. Przez chwilę
patrzył na swoje palce — na żyłki żywicy, które
pulsowały w rytm jego oddechu.
— Bo system próbuje je zaszyć wszędzie. Nawet w
pieśniach. A ja je wyciągam z powrotem.
Spojrzał na mój drewniany palec. Na pączek, który
wciąż rósł. Na korzonki, które sięgały już do
nadgarstka.
— Ty też nosisz pęknięcie. Dobrze. Pęknięcia
śpiewają najgłośniej.
Zamilkł. A potem — jakby sam nie chciał tego
mówić — dodał cicho:
— Każda pieśń, którą wyciągnę, kosztuje mnie
jedno wspomnienie. Nie mogę wybrać które.
System nie pozwala. Czasem tracę twarz matki.
Czasem imię pierwszego przyjaciela. Nie wiem, co
będzie następne.
Spojrzał na swój instrument.
— Dlatego gram tylko wtedy, gdy muszę. Bo każda
struna to jedno wspomnienie mniej.
A potem — na jedno uderzenie serca — coś w jego
twarzy stwardniało.
— Nie litujcie się nade mną — powiedział ostrzej,
niż się spodziewałem. — Nie jestem świętym. Nie
jestem męczennikiem. Gram, bo nie umiem
przestać. Bo gdybym przestał, zostałoby mi tylko
to, co już straciłem. A ja wolę stracić więcej, niż nic
nie robić.
Zamilkł.
— Nie proście mnie, żebym przestał. Nie prosiliście
poprzednio. Nie chcę, żebyście prosili teraz.
5.
Ruszyliśmy dalej.
Lirandel szedł obok koni, nie prosząc o
wierzchowca. Instrument trzymał tak, jakby był
częścią jego ciała — nie na plecach, ale w
dłoniach, gotowy do gry w każdej chwili.
Po jakimś czasie zaczął śpiewać.
Nie było to głośne. Nie było to piękne w zwykły
sposób. Było stare. Jak pieśń, którą ktoś nucił przy
ognisku tysiąc lat temu, a którą system próbował
wymazać, ale nie zdążył.
Śpiewał o ludziach, którzy mieli wszystko — i oddali
to za spokój. O dzieciach, które urodziły się pod
cudzym niebem i nigdy nie poczuły deszczu na
twarzy. O matkach, które patrzyły na horyzont tak
długo, że zapomniały, kogo wypatrują.
Nie mówił „Mars”.
Nie mówił „Ziemia”.
Mówił tylko o oddaleniu.
— Niebo bez chmur nie jest niebem — śpiewał
cicho. — Jest tylko dachem, który nigdy nie
przecieka. A dach, który nie przecieka, nie uczy
cię, jak się chronić.
Jego głos niósł się między drzewami Lasu
Brzegowego. A drzewa — słuchały.
6.
Pod wpływem pieśni coś się zmieniło.
Małe Gnomy, które poprzedniej nocy płatały figle
Brennowi, zaczęły iść za nami w bezpiecznej
odległości. Ich gliniaste twarze były poważne, oczy
szeroko otwarte. Nie naśladowały już nikogo.
Słuchały.
Salamandry tańczyły na skraju ścieżki, nie
pryskając już iskrami. Ich płomienie były miękkie,
ciepłe, jakby kołysały się w rytm melodii.
Sylfy unosiły się wyżej — niewidzialne dla
większości z nas, ale Nesha je widziała. Pokazała
mi je gestem dłoni: cienie na tle mgły, poruszające
się zgodnie z pieśnią.
— Jego pieśń wygina matrycę — szepnęła Nesha. — Drony Oka właśnie straciły sygnał. Na chwilę
jesteśmy niewidzialni.
Brenn jechał z tyłu i mruknął:
— Brzęczy bez ładu… Ale przynajmniej te
podziemne kartofle przestały kraść tytoń.
Holik parsknął.
— Bosman, ty naprawdę nie potrafisz docenić sztuki.
— Doceniam. Jak jest na pokładzie. Z relingiem.
7.
A potem — w połowie pieśni — Lirandel się
zatrzymał.
Jego ręka zamarła na strunach. Twarz stężała.
Przez chwilę patrzył w ciemność lasu, jakby
zobaczył coś, czego my nie widzieliśmy. Potem
potrząsnął głową i zaczął grać dalej — ale inaczej.
Ciszej. Ostrożniej.
Zapytałem, co się stało.
— System mnie usłyszał — odpowiedział cicho. —
Nie wie, gdzie jestem. Ale wie, że ktoś śpiewa. I
zaczyna szukać.
Nesha skinęła głową — powoli, jakby to
potwierdzało coś, co już wiedziała, ale czego nie
chciała powiedzieć na głos.
Lirandel spojrzał na mnie.
— Pieśń nie jest darmowa. Nie tylko dla mnie. Dla
was też. Każda melodia, którą wyciągnę z jego
serwerów, zostawia ślad. A ślady prowadzą do nas.
Zamilkł.
— Jeśli kiedyś zamilknę w połowie — nie pytajcie,
dlaczego. Po prostu idźcie dalej.
8.
Wieczorem, gdy rozbijaliśmy kolejny obóz, Lirandel
usiadł osobno.
Nie przy ogniu — na skraju platformy, z nogami
zwisającymi nad mokrą ziemią. Grał cicho. Struny
drgały, a kora instrumentu pachniała żywicą i
starym deszczem.
Aria usiadła obok mnie. Jej dłoń spoczywała na
moim ramieniu — ciepła, żywa.
— Myślisz, że on też uciekł? — zapytała.
— Tak. Tylko inaczej niż my.
Spojrzałem na swoje dłonie. Jedna żywa. Druga
drewniana, z pączkiem, który w rytm pieśni zaczął
pulsować mocniej. Żywica sączyła się wolniej, ale
cieplej.
Lirandel uniósł wzrok i złapał mój.
— Pisz — powiedział cicho. — Ja śpiewam to, co
system próbował wyciąć. Ty zapisujesz to, co
jeszcze żyje. Razem jesteśmy gorsi dla niego niż
cała armia.
Zamilkł.
— Bo on potrafi policzyć żołnierzy. Ale nie potrafi
policzyć ludzi, którzy śpiewają i piszą o tym, co
czują.
9.
Tej nocy notes pisał sam.
Nie musiałem prowadzić ręki. Karmazynowa nitka
poruszała się sama — nie gwałtownie, nie
chaotycznie, ale spokojnie. Jakby wiedziała, co ma
powiedzieć.
A pączek na moim palcu pulsował w rytm, w jakim
notes pisał.
Jakby i on słuchał.
Spotkaliśmy Pieśniarza Zapomnianych Dróg.
Nosi instrument z pękniętej kory.
Śpiewa o tych, którzy nie mogą wrócić.
A system na chwilę głuchnie.
Brenn mówi, że brzęczy bez ładu.
Ale nawet Brenn słucha.
Każda pieśń kosztuje go jedno wspomnienie.
Nie wie które.
Nie może wybrać.
A jednak nie chce przestać.
Nie dlatego, że jest odważny.
Dlatego, że nie umie inaczej.
Może właśnie dlatego wciąż jesteśmy wolni.
Bo ktoś jeszcze pamięta melodie,
których nie da się zoptymalizować.
Notatka majtka
(zapisana przy dogasającym ogniu, drżącą ręką, atramentem, który pachniał żywicą i pieśnią)
Dziś dołączył do nas ktoś, kto nie walczy mieczem
ani toporem.
Walczy pieśnią.
Lirandel.
Pieśniarz Zapomnianych Dróg.
Jego instrument pachnie pękniętą korą i starą
żywicą.
Jego palce też noszą ślady Drzewa.
Śpiewał o oddaleniu.
Nie mówił „Mars”.
Mówił o niebie bez chmur i o matkach, które
zapomniały, kogo wypatrują.
A system na chwilę przestał nas liczyć.
Ale Lirandel powiedział coś jeszcze.
Że każda pieśń kosztuje go jedno wspomnienie.
Że nie wie które.
Że nie może wybrać.
A potem powiedział coś, czego się nie spodziewałem.
Że nie chce, żebyśmy go żałowali.
Że gra, bo nie umie inaczej.
Że woli stracić więcej, niż nic nie robić.
Zrozumiałem wtedy, że nie tylko śmiech łamie kod.
Czasem wystarczy jedna, prawdziwa pieśń
zagrana na czymś,
co kiedyś było żywe.
Ale ta pieśń
kosztuje.
I nie wiem,
czy Lirandel
zdąży zaśpiewać wszystko,
zanim zapomni,
po co śpiewa.
Majtek.
Ktoś, kto słucha.

