⌛EchoZeit Universe: KSIĘGA I .  Rozdział 92 – Śmiech, Który Łamie Kod
(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa)

Rozdział 92 

Śmiech, Który Łamie Kod

(opowiedziane przez młodego majtka ze statku Tavisa) 

„System potrafi policzyć każdą falę na oceanie.
Ale nie potrafi policzyć chaosu,
który rozrywa ziemię pod kopytami
i śmiechu, który nie ma sumy kontrolnej.”

Zapisek w notesie majtka


1.

Ogień, który Mira roznieciła na platformie z
korzeni, trzaskał wesoło.
Dym uciekał w gęstwinę Lasu Brzegowego, jakby
sam próbował ukryć się przed Okiem.

Mira od kilku dni nosiła w torbie coś, czego nie
chciała pokazać.
Małe gliniane naczynie.
Ciepłe.
Drgające.
Karmiła to po nocach, gdy myślała, że nikt nie
patrzy.

A w mchu tuż pod pod nami, od samego
zmierzchu, coś się poruszało.
Ciche skrobanie.
Stłumiony chichot.
Jakby las sam się do nas zakradał i już miał
przygotowany plan.

Siedzieliśmy w kręgu.
Konie stały wokół nas, nieprzywiązane.
Nesha milczała, Aria opierała się o moje ramię,
Holik podsycał ogień, a Tavis — po raz pierwszy od
wielu dni — zdjął rękę z rękojeści korda.

I wtedy stało się to, co musiało się stać.

Stary Brenn zsunął się ze swojej kobyły.

Z jękiem potężniejszym niż sztorm opadł na
rdzawy mech i zaczął masować lędźwie z takim
przejęciem, jakby właśnie walczył o życie.


2.

Powiadam wam, kapitanie, ta czworonożna
kłoda bez stępki nie ma żadnej stateczności kursowej! — fuknął, rozciągając się na mchu. —
Chciałem skręcić na bakbort, ciągnę za te rzemienie, a ta bestia zaczyna żreć paprocie! To nie
koń, to jest meduza z nogami! A to siodło?! To nie
jest siodło, to jest kara boska dla ludzi morza!
Skóra przywiązana sznurkiem, który śmierdzi
stęchlizną! Jak mam utrzymać kurs, kiedy pod
tyłkiem mam tratwę z epoki przedpotopowej?!

Holik parsknął tak głośno, że aż się zakrztusił.

Bo koniem steruje się myślą i ciężarem ciała,
bosmanie, a nie krzykiem i marynarskimi
przekleństwami.

Myślą?! — Brenn uniósł się na łokciu, czerwony
na twarzy. — Ja myślę o porządnym pokładzie, a ta
kłoda myśli o trawie! To nie jest statek, to jest żywy
sabotaż! To jest spisek lądu przeciwko porządnym
ludziom morza!

A potem jego koń — jakby zrozumiał każde słowo
— parsknął pogardliwie.

I powoli, z premedytacją, zaczął zjadać mu rękaw
płaszcza.

Brenn spojrzał na niego.

Widzicie?! — wrzasnął. — On mnie je! On mnie
traktuje jak paszę! To jest kanibalizm
wegetariański!



3.

W tym momencie z kępy wilgotnego mchu, tuż
obok bosej stopy Brenna, wychyliła się mała,
pomarszczona, gliniasta twarz.

Gnom.

Miał brodę z porostów, uszy jak liście kapusty i
oczy, które świeciły jak robaki świetliki.
Wyraz twarzy miał taki, jakby właśnie usłyszał
najlepszy żart od trzech stuleci i postanowił go
natychmiast odegrać.

Z niesłychanym przejęciem zaczął naśladować
zrzędliwy grymas starca, wymachując
miniaturowym patyczkiem niczym toporem.
Nawet wygiął się w pół i złapał się za lędźwie,
idealnie kopiując Brenna.

Brenn zmrużył oczy.

A ty czego się gapisz, ty mszysty, leśny kurduplu
bez rufy?!
Chcesz dostać z rębaka przez ten twój bulwiasty
nos?!
Mira! Na miłość boską, twoje podziemne kartofle
dobierają się do mojego tytoniu! I jeszcze mnie
wyśmiewają!

Gnom w odpowiedzi zasalutował po marynarsku —
tak precyzyjnie, że aż kapelusz z mchu zsunął mu
się na nos.
Stracił równowagę.
Potknął się o własne ucho i wpadł tyłkiem w błoto z
głośnym, zadowolonym „puf”.

A potem — widząc, że Brenn macha rękami —
wyciągnął z kieszeni (którą miał wszytą w brodę)
malutki, drewniany gwizdek.

I zaczął naśladować dźwięk tonącego statku.

To jest moja pieśń bojowa! — pisnął.

Po czym natychmiast zakrztusił się własnym
gwizdkiem i zaczął kaszleć tak głośno, że aż
runął jak długi.


Holik zakrztusił się pieczoną rybą i zaczął kaszleć ze
śmiechu.


4.

Ale prawdziwy szał ogarnął obozowisko sekundę
później.

Z samorodnego płomienia Miry wyskoczyła mała
Salamandra Ognia.
Pomarańczowa, z oczami jak węgielki, wyraźnie
rozbawiona marynarskimi przekleństwami
Brenna.
Wskoczyła mu prosto na zardzewiałą sprzączkę u
odrzuconego buta i usiadła tam jak na tronie.

Brenn spojrzał w dół.

Przez ułamek sekundy jego twarz przybrała wyraz
człowieka, który właśnie zobaczył Fazę II systemu
próbującą nadpisać mu prawą stopę.

Potem zaczął wymachiwać nogą.

Podpalenie! — wrzeszczał, skacząc na jednej
nodze wokół ogniska. — Sabotaż!
Kosmiczne wszy atakują moje kopyta!
Tavis, ratuj! Odłącz mi sygnał w prawej pięcie!!!
To nie jest jaszczurka, to jest żywy zapalnik!

Salamandra z pełnym dostojeństwem fukała
iskrami prosto w jego wełnianą skarpetę.
A kiedy Brenn próbował ją strzepnąć, ona tylko
wygodniej się ułożyła i prychnęła kolejną iskrą
prosto w jego palec.

Po chwili — znudzona siedzeniem na bucie —
zaczęła powoli wspinać się po nodze Brenna,
zostawiając za sobą maleńkie, dymiące ślady.

Brenn spojrzał w dół i zbladł.

Ona mnie oznacza! — wrzasnął. — Ona myśli, że
jestem jej terytorium!
Mira, twoja jaszczurka próbuje mnie adoptować!


5.

I wtedy stało się coś, czego nie spodziewał się nikt.

Kapitan Tavis Szary — człowiek, który przetrwał
potopy, bitwy i Korytarze Zera — spojrzał na
skaczącego na jednej nodze starca, na gnoma
salutującego z kompostu i na jaszczurkę
prychającą iskrami…

…i jego surowa twarz pękła.

Najpierw wydał z siebie niski, gardłowy pomruk.
Potem parsknął tak potężnym, basowym, szczerym
śmiechem, że aż osunął się plecami o pień starej olchy.

Kaszlał.
Dusił się.
Machając wielką dłonią, próbował kazać Brennowi
usiąść, ale nie był w stanie wykrztusić słowa.

A potem — na chwilę — ucichł.

Otarł oczy wierzchem dłoni.
Oparł głowę o korę.
Przez trzy, może cztery uderzenia serca nie mógł
złapać tchu.

I nikt się nie odezwał.

Nawet Holik.
Nawet Brenn przestał złorzeczyć.

Mira przestała się śmiać.
Jej twarz na moment zrzedła — nie ze strachu, nie
z troski.
Z ulgi.
Patrzyła na Tavisa tak, jakby pierwszy raz od bardzo
dawna zobaczyła w nim nie kapitana, nie
strażnika, nie człowieka, który musi decydować —
ale kogoś, kto potrafi jeszcze być lekki.

Nie powiedziała nic.
Nie musiała.

Cisza trwała jeszcze pół taktu — gęsta, ciepła,
jakby cała załoga przez moment zrozumiała, że
właśnie odzyskała coś, czego nikt nie nazwał.

A potem Tavis wybuchnął znowu — jeszcze mocniej.

Kiedy wreszcie złapał oddech, otarł łzy i spojrzał na
Brenna z udawaną powagą.

Bosmanie — powiedział. — Od dzisiaj jesteś oficjalną maskotką tej wyprawy.
Jeśli system nas namierzy, to tylko dlatego, że twój
śmiech ma większy sygnał niż wszystkie nasze
implanty razem wzięte.

Brenn mruknął coś o tym, że woli być maskotką niż
żywym zapalnikiem, ale nikt go nie słuchał, bo
wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.


6.

Mira Zielna zwijała się na mchu, trzymając się za
brzuch.
Aria ukryła twarz w moich ramionach i trzęsła się
tak mocno, że nie mogła złapać tchu.
Holik tarzał się ze śmiechu, kopiąc nogami
powietrze.

A Nesha…

Milcząca, zawsze poważna Nesha oparła czoło o
grzywę swojego konia i trzęsła się bezgłośnie,
parskając co kilka sekund.

Jej koń — jakby też chciał uczestniczyć w
zamieszaniu — podniósł głowę i wydał z siebie
dźwięk, który brzmiał podejrzanie jak parsknięcie
śmiechem.

Nesha spojrzała na niego z udawaną dezaprobatą.

Ty też? — zapytała cicho. — Nawet ty się z nich
śmiejesz?

Koń parsknął ponownie, tym razem głośniej i
zaczął z zadowoleniem deptać po płaszczu
Brenna.

Ale przez jedną krótką chwilę — gdy reszta nie
patrzyła — Nesha podniosła wzrok i spojrzała w
ciemność lasu.

Nie na długo.
Może na jedno uderzenie serca.

Potem znów się uśmiechnęła.

Nikt tego nie zauważył.
Prawie nikt.


7.

Siedziałem z notesem na kolanach i nie mogłem pisać.

Bo ręce mi się trzęsły ze śmiechu.

A kiedy wreszcie złapałem oddech, zrozumiałem
coś ważniejszego niż wszystkie sumy kontrolne
Hexe-OS.

System potrafi policzyć każdą falę.
Potrafi namierzyć słaby impuls Architekta.
Potrafi wyciąć imię z pamięci.

Ale nie ma w swoim chłodnym kodzie ani jednej
linijki,
która potrafiłaby zmierzyć starca walczącego z
jaszczurką
o prawo do własnej skarpety.

A mimo to — gdy sięgałem po pióro — notes przez
ułamek sekundy drgnął inaczej.

Nie jak wtedy, gdy pisał.
Jakby coś pod powierzchnią — daleko, pod czarną
wodą — na moment przestało liczyć i zaczęło
nasłuchiwać.

Pączek na moim palcu przestał pulsować.
Na jedno uderzenie serca.
Potem znów ożył.

Uśmiechnąłem się, ale coś zimnego zostało mi w
karku.


8.

Tej nocy, daleko pod czarną wodą,
algorytmy nasłuchu dostały błędu.

Gdzieś w głębinie coś zamrugało czerwonym światłem.
Nie jak latarnia.
Jak oko, które po raz pierwszy od eonów nie
potrafiło znaleźć wzoru.

Sumy kontrolne zaczęły się sypać.
Oko systemu mrugało w próżni, próbując
sklasyfikować dźwięk, którego nie dało się
zoptymalizować.

I zaczęło liczyć na nowo.

A na naszej platformie z korzeni
śmiech wciąż trwał.

Gnom, widząc, że wszyscy się śmieją, postanowił
dodać coś od siebie.

Wstał z błota, otrzepał się z godnością, po czym
wyciągnął z kieszeni malutkie, drewniane
krzesełko, rozłożył je obok Brenna i usiadł,
krzyżując ręce na piersi.

No to teraz ja — oznajmił. — Opowiem wam, jak
to jest być kartoflem z brodą.

I zaczął opowiadać tak poważnym tonem, że aż
wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.

A on sam nie wytrzymał i zaczął chichotać tak
głośno, że aż spadł z krzesełka.

Salamandra usiadła na bucie Brenna jak na tronie i
patrzyła mu prosto w oczy.
A stary marynarz, już bez sił, tylko machnął ręką i
mruknął:

Następnym razem biorę statek.
Nawet z dziurą w burcie.
Przynajmniej tam nie ma kartofli z brodą i żywych
zapalników w skarpetach.

I wszyscy znowu wybuchnęli śmiechem.



Notatka majtka

Dziś wygraliśmy bitwę.

Nie mieczem.
Nie kodem.
Nie Echem.

Wygraliśmy bosą stopą Starego Brenna,
jednym złośliwym gnomem
i małą, ognistą jaszczurką.

Tavis płakał ze śmiechu.
Mira trzymała się za brzuch.
Aria trzęsła się w moich ramionach.
Nawet Nesha się uśmiechnęła.

Ale przez jedno uderzenie serca Nesha patrzyła w
ciemność lasu.
I notes drgnął inaczej.
I pączek przestał pulsować.

Nie wiem, co to znaczy.
Wiem tylko, że Hexe-OS przegra tę wojnę.

Bo system potrafi nadpisać pamięć,
zamrozić czas
i wybić ludzi.

Ale nie potrafi obliczyć,
dlaczego stary marynarz kłóci się z mchem
o porcję tytoniu.

Śmiech to nasza jedyna, nienaruszalna kora
ochronna.

Jesteśmy niepoliczalni.

Dopóki salamandra siedzi na bucie Brenna,
patrzy mu w oczy jak w jedyne prawo,
którego nie da się zapisać w żadnym kodzie —
i nikt nie każe jej zejść.



Majtek.
Ktoś, kto się śmieje.

Mapa Mid-World – EchoZeit Universe: panoramiczna, mroczna mapa fantastycznego świata w stylistyce aetherpunk i cyber-mistycyzmu Hexe-OS. W centrum znajduje się wysoka kryształowa latarnia emitująca fioletowo-błękitną wiązkę światła. Na północy rozciąga się Las Kronik ze świecącymi szlakami Echa, na zachodzie Obsydianowa Pustka z Krzemowym Lasem, na wschodzie turkusowe Morze Echa z żaglowym statkiem kapitana Tavisa oraz widoczną na niebie Sferą Archontów. Na południu znajdują się monumentalne wejścia do Komnat Czasu połączone złotymi liniami przypominającymi obwody elektroniczne. Całość otacza ozdobna rama z runami, kodem Hexe-OS i kartograficznymi oznaczeniami.

Zostaw odpowiedź